Jakby nie było jest jeszcze styczeń, a co za tym idzie mam jeszcze szansę na podtrzymanie niesamowitej ciągłości bloga mego powszedniego. Bo musicie wiedzieć drodzy słuchacze, że nie ma letko jak mawiał poeta. Ledwie wtrafiam w klawisze bo przyświeca mi jedynie około piętnastoletnia, na ślepe oko patrząc, żarówka, część wyposażenia mej limuzyny marki Nissan (która by the way z dniem jutrzejszym stanie się w 100% moja - gdy tylko uiszczę ostatnią już ratę, yay!). Tak, siedzę właśnie w samochodzie, który znalazł się w obrębie obowiązywania zaprzyjaźnionej sieci bezprzewodowej wifi. Mój wcześniejszy provider postanowił nie poinformować mnie (zgodnie z regulaminem i swoim prawem własnym) o ograniczeniu/zmniejszeniu siły sygnału hotspotu znajdującego się w zasięgu zasięgu domu mego. Jednakże postanowił uczynić to dwa dni PO tym gdy uiściłem mu opłatę za miesięczny dostęp w wysokości 40 jewro. Wychodzi 20 euro za dzień. Na złocisze to jakieś 90-parę. Najdroższy internet na świecie? Spytacie. Cypr. Odpowiem.
Więc tułam się szukając jakichś niestrzeżonych albo zapamiętanych sieci i podłączam się na dziko dziką nocą. Ściągam se jaki serial jeden, updateuję status se na fejsie se i zmykam se do mojego domu z lodu i bynajmniej ognia.
Dla przypomnienia. Na początku grudnia kąpałem się w morzu i było całkiem przyjemnie. Przed wyjazdem do Polski niemal codziennie (jak zwykle) świeciło śłoneczko i generalnie miut. Wracam ja panie z jesiennej Polski 9 stycznia roku pańskiego panie 2012 i... co ja pacze!!!??? Deszcz! Mokro! Chłód, zawieja i zamiecia i za Romka też! No okej, że jeden dzień to tu sobie może popadać. Ale nie trzy tygodnie na boga! Nawet w tej chwili auto autora Waszego ulubionego zalewane jest strumieniem znacznym. Średnio co 24 i pół godziny zdarza się burza z piorunami, a w zeszłym tygodniu nawet 10 trzęsień ziemi było! Nieważne że ich nawet nie zauważyłem a poza tym nie ma to nic wspólnego z pogodą i porą roku, ale zawsze co trzęsienie to trzęsienie, nie?
Skutek tego jest taki, że wszędzie jest wilgotno i przenikliwie zimno. Moje dwa domowe "hejtery" rajcują na okrągło, czym pewnie doprowadzą mnie do bankructwa wraz z nastaniem rachunku za prąd. W nocy pracuje tylko jeden, który świeci jak najlepsza północnopraska solara ale chyba nie opala. Co jednak nie wystarcza do tego, żeby krążenie krążyło w tak peryferycznych częściach mojego ciała jakim są stopy. Na szczęście mamama, wzbogacona o życiowe doświadczenia Sycylycyjczyków, nakazała mi włożyć w pościel butelki z gorącą wodą. Nie wspomniała tylko, że powinny być zakręcone. Ale na szczęście tajfun intelektu jakim jestem ja, przewidział i tę zatrważającą możliwość i zapobiegł nieszczęściu. Przez pół nocy nawet działało, ale chyba rozejrzę się za profesjonalnym termoforem.
By the way, zacząłem się uczyć greki trochę i strasznie śmieszy mnie to, że w zasadzie już ją w pewnej części znam. Bo nawet taki "termofor" zapewne jest zlepkiem jakiegoś "termos" i "foros" i pewnie znaczy "trzymający ciepło". Wystarczy trochę pomyśleć i można zacząć mówić po grecku używając starych dobrych polskich słówek, tylko trzeba im zmienić końcówkę na "os" i szafos graos.
Obiecuję następnym razem wrzucić trochę zdjęć. Na przykład ośnieżonego szczytu gór Troodos, na którym jest teraz 150 cm śniegu (sic!). Albo dużych i ładnych statków z portu w Limassol. Albo zdjęcia Irlandii nad jeziorem słonym w Larnace. Flamingi też gdzieś się znajdą.
Ciekawostka. Miejscowi mówią, że taka "zima" jak w tym roku to ostatnio się nadarzyła osiem lat temu. Ja to mam szczęście.