Za parę godzin minie pierwsze sześć miesięcy, które udało mi się spędzić na wyspie. Właśnie, udało się. Co jeszcze się udało, a co okazało się sromotną porażką panie Augustynie? Pozwoli Pan, że odpowiem śpiewająco. W podpunktach.
Udało się:
- przeżyć upały, które nie okazały się jakieś całkiem straszne. Znajoma Rosjanka, która nie dość, że jest jedną z bardziej mantykujących uczennic w mej grupie, to także mieszka na Cyprze od lat kilku, powiedziała mi w zaufaniu, że to lato było wyjątkowo zimne.
- pomalować aż jeden pokój przez trzy miesiące mieszkania w domku w Agios Nicolaos! Ta niesamowicie wyśrubowana średnia, ma szansę być utrzymana także w roku przyszłym.
- nie mieć ANI JEDNEJ stłuczki prowadząc samochód własny tudzież służbowy, co przy umiejętnościach kierowniczych nacji cypryjskiej jest osiągnięciem równym wygraniu Wielkiego Szlema przez jednorękiego bandytę z opaską na oku.
- pobić rekord w "robieniu ulotki" przez osobę, która powiedziała "tak, nie ma problemu, za parę dni będzie gotowe". Trzy miesiące i mam trzynasty nowy termin, tym razem na ten piątek. Nie Bartek, nie mówię o Tobie :)
- pobić rekord w "robieniu strony" przez INNĄ osobę, która powiedziała "tak, nie ma problemu, za parę dni będzie gotowe". Po tygodniu było gotowe.
- rozwinąć swoje umiejętności językowe. I to bardziej niżbym się spodziewał. Oczywiście, w języku rodzimym me zdolności są poza wszelką skalą, a ponadto umiejętnie posługuję się także językiem Szekspira z akcentem włoskim (tak zostałem raz zdiagnozowany, sic!), jak również portugalskim w odmianie brazylijskiej, greckim w odmianie ubogiej i rosyjskim w odmianie "jeśli to brzmi jak jakieś słowo polskie to pewnie jednak znaczy coś zupełnie na odwrót".
- założyć filię ICR. Mam już niemal wszystko - miejsce na treningi, (prawie) ulotkę, fajne zdjęcia z samym sobą, super stronę, profil na fejsie... tylko jeszcze mi trochę uczniów brakuje. No cóż, nie w jeden dzień Rzym zbudowano i tysiąclecia przetrwał.
- nauczyć się jak się gra w Hold'em Pokera, gra w kręgle, strzela z łuku. W żadnym z powyższych mistrzem niestety nie jestem. Taka karma.
- zjechać Cypr jak długi i szeroki. Nic dziwnego, w końcu wyspa jest wielkości województwa opolskiego a dodatkowo 1/3 tej wyspy jest nieprzejezdna dla Południowców.
- utrzymać czytelników w napięciu aż do ostatniego podpunktu w tej części postu, a teraz... REKLAMA!
Nie udało się:
- spłacić długów finansowych wobec osób fizycznych i prawnych w Polsce i na Świecie. Za to na plus można dodać (bo i tak nie można odjąć na plus bo plus to plus a nie minus i to jedyne co widzę), że widzę światło na końcu tunelu zadłużenia. Nie będę jak Grecja, mamo, obiecuję!
- wyrosnąć trawy, która zamieniłaby się w piękny trawnik. Bo choć zasiałem trawę i podlewałem ją codziennie, a potem za mnie podlewały codwutygodniowe ulewy, to i tak wyrosły chwasty, które w formie zahibernowanej jakimś cudem przetrwały wyjałowienie kilkumiesięcznymi temperaturami ok. 50 stopni w słońcu.
- poznać większej ilości Polaków niż DWIE sztuki, jedna w Nikozji (pozdrawiam Dhalsim, jeśli kiedykolwiek to przeczytasz) i druga tu w Limassol, w polskim sklepie przy Griva Digeni (pozdrawiam Panią sprzedawczynię, co zamawia mi Wprost i Politykę wprost w me ręce). Przyznam, że nie szukałem jakoś zawzięcie.
- nie przeziębić. Tak TO jest tu możliwe.
- zapomnieć o Polsce. Nie żebym próbował, wręcz przeciwnie. Naprawdę nie doceniamy jak fajny mamy kraj. Nieważne, że przez 80% roku pada deszcz, jest szaro smutno i zima. Docenia się to czego się nie ma.
- nauczyć się obsługi Cypryjczyków. W porównaniu z nimi jestem "zimnym człowiekiem północy", niemal jak Eddard Stark (postać z książki fantasy, przyp AL). I dzięki bogu.
No i na koniec, bo nic więcej mi nie przychodzi do głowy, bo późno już i wogle.
NIE udało się poznać Afrodyty :( bo najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny. Cytując za klasykiem. I kolejny cytat z Tacyta: docenia się to czego się nie ma.
czwartek, 15 grudnia 2011
środa, 26 października 2011
Third World Banking
Wisła Cypru nie zalała, za to APOEL wylał Wisłę z Champions League w takim stylu, że do dziś muszę się za nią wstydzić. Jednak polska piłka nożna to jedna z nielicznych kwestii przez którą czasem przykro mi przyznać, że jestem Polakiem. W wielu kwestiach Polska nie tylko bije Cypr na głowę, ale tak naprawdę gra w zupełnie innej (o dziwo - wyższej) lidze.
Cypr bowiem pod wieloma kwestiami przypomina to co w powszechnej opinii uważa się w Polsce za "trzeci świat" a tak naprawdę ma się na myśli ogólnospołecznotechnologiczne zacofanie. Brak dostępu do nowoczesnych rozwiązań informatycznych jest rzeczywiście dość uciążliwy, choć Polska w porównaniu z taką Ameryką to drugą Japonią ani Irlandią nie jest.
Na bieżący ogień niech pójdzie to co mnie, byłego specjalistę od kart kredytowych i innych płatniczych środków przestępczych, uderzyło najbardziej. W Polsce konta bankowego (ROR) z dostępem przez Internet, nie mają tylko dwie grupy osób, a w zasadzie jedna osoba i jedna grupa osób. Mianowicie, jest to Jarosław Kaczyński (osoba) i czytelnicy "Faktu" (grupa osób). Ta powszechność umożliwia wygodne płatności niemal twentyfourseven. Jeśli ktoś nie jest za pan brat z Internetem, jak moja mama, to zawsze zostaje możliwość wykonania telefonu, podania numeru konta beneficjenta transakcji, podania kodu zabezpieczającego i sru. Poszło. Pozamiatane. Pieniądze już następnego dnia, a czasem nawet tego samego znajdują się na odpowiednim koncie (z tego pierwszego zaś znikają, co jest czasem dość przykre, przyznam).
By dokonać podobnej płatności, na pięknej acz suchej tak, że aż Wisła wysycha, wyspie Cypr, należy: wystawić rachunek, który jest ZAWSZE wypisywany ręcznie (sklepy spożywcze mają na szczęście coś takiego jak kasa fiskalna, która drukuje paragon), uiścić kwotę w gotówce o ile druga strona transakcji posiada daną kwotę, jeśli nie a nie chce jej się iść do bankomatu, których jest dość niewiele, to wystawia... uwaga... pamparampam: CZEK! Drogie dzieci, jeśli jesteście młodsze niż 25 lat, to zapewne nie pamiętacie, że na początku transformacji ustrojowej w Polsce, wasi drodzy rodzice czasem używali prostokątnych bloczków o uroczej nazwie "książeczka czekowa". Pewnie gdzieś tam w Polszy akceptuje się jeszcze czeki, ale czy ktoś z Was widział to dziwo? Wątpię. Czeki w Polsce są jak dinozaury - panowały kiedyś na ziemi, potem przyszło bankowe bum i zastąpiły je naczelne karty płatnicze.
Taka oto rozmowa miała miejsce. True Story.
Ja: Theo, u nas w Polsce nie ma już czeków, nikt ich nie używa.
Theo: To jak firmy płacą sobie nawzajem? Przecież to są wysokie kwoty? Jak zapłacić taką sumę w gotówce?
Ja: Erm.. Firmy płacą między sobą przelewami na podstawie faktury.
Theo: Przelewami??? To jak jedna firma może mieć pewność, że ta druga zapłaciła???
Ja: Potwierdzeniem przelewu.
Theo: Czym??
Czek trzeba jeszcze zrealizować, co także nie jest łatwe biorąc pod uwagę, że banki pracują przez pięć dni w tygodniu DO 13:00 (sic!). Jeśli szczęśliwie jesteś posiadaczem stałej pracy, możesz mieć małe problemy z dotarciem na czas. Ale widać, to nie problem jeśli pracujesz w banku. Wystarczy "urwać się" piętnaście minut przed końcem pracy.
Choć w sumie nie wiem, czy powyższy przykład prezentuje "zacofanie cywilizacyjne", "tumiwisizm" czy raczej po prostu: "jest dobrze tak jak jest, bo mieszkamy w kraju gdzie przez 364 dni w roku jest słońce i wszędzie dookoła mamy piękne i ciepłe morze -izm".
I dlatego teraz trzeba Grecję bailoutować..
Cypr bowiem pod wieloma kwestiami przypomina to co w powszechnej opinii uważa się w Polsce za "trzeci świat" a tak naprawdę ma się na myśli ogólnospołecznotechnologiczne zacofanie. Brak dostępu do nowoczesnych rozwiązań informatycznych jest rzeczywiście dość uciążliwy, choć Polska w porównaniu z taką Ameryką to drugą Japonią ani Irlandią nie jest.
Na bieżący ogień niech pójdzie to co mnie, byłego specjalistę od kart kredytowych i innych płatniczych środków przestępczych, uderzyło najbardziej. W Polsce konta bankowego (ROR) z dostępem przez Internet, nie mają tylko dwie grupy osób, a w zasadzie jedna osoba i jedna grupa osób. Mianowicie, jest to Jarosław Kaczyński (osoba) i czytelnicy "Faktu" (grupa osób). Ta powszechność umożliwia wygodne płatności niemal twentyfourseven. Jeśli ktoś nie jest za pan brat z Internetem, jak moja mama, to zawsze zostaje możliwość wykonania telefonu, podania numeru konta beneficjenta transakcji, podania kodu zabezpieczającego i sru. Poszło. Pozamiatane. Pieniądze już następnego dnia, a czasem nawet tego samego znajdują się na odpowiednim koncie (z tego pierwszego zaś znikają, co jest czasem dość przykre, przyznam).
By dokonać podobnej płatności, na pięknej acz suchej tak, że aż Wisła wysycha, wyspie Cypr, należy: wystawić rachunek, który jest ZAWSZE wypisywany ręcznie (sklepy spożywcze mają na szczęście coś takiego jak kasa fiskalna, która drukuje paragon), uiścić kwotę w gotówce o ile druga strona transakcji posiada daną kwotę, jeśli nie a nie chce jej się iść do bankomatu, których jest dość niewiele, to wystawia... uwaga... pamparampam: CZEK! Drogie dzieci, jeśli jesteście młodsze niż 25 lat, to zapewne nie pamiętacie, że na początku transformacji ustrojowej w Polsce, wasi drodzy rodzice czasem używali prostokątnych bloczków o uroczej nazwie "książeczka czekowa". Pewnie gdzieś tam w Polszy akceptuje się jeszcze czeki, ale czy ktoś z Was widział to dziwo? Wątpię. Czeki w Polsce są jak dinozaury - panowały kiedyś na ziemi, potem przyszło bankowe bum i zastąpiły je naczelne karty płatnicze.
Taka oto rozmowa miała miejsce. True Story.
Ja: Theo, u nas w Polsce nie ma już czeków, nikt ich nie używa.
Theo: To jak firmy płacą sobie nawzajem? Przecież to są wysokie kwoty? Jak zapłacić taką sumę w gotówce?
Ja: Erm.. Firmy płacą między sobą przelewami na podstawie faktury.
Theo: Przelewami??? To jak jedna firma może mieć pewność, że ta druga zapłaciła???
Ja: Potwierdzeniem przelewu.
Theo: Czym??
Czek trzeba jeszcze zrealizować, co także nie jest łatwe biorąc pod uwagę, że banki pracują przez pięć dni w tygodniu DO 13:00 (sic!). Jeśli szczęśliwie jesteś posiadaczem stałej pracy, możesz mieć małe problemy z dotarciem na czas. Ale widać, to nie problem jeśli pracujesz w banku. Wystarczy "urwać się" piętnaście minut przed końcem pracy.
Choć w sumie nie wiem, czy powyższy przykład prezentuje "zacofanie cywilizacyjne", "tumiwisizm" czy raczej po prostu: "jest dobrze tak jak jest, bo mieszkamy w kraju gdzie przez 364 dni w roku jest słońce i wszędzie dookoła mamy piękne i ciepłe morze -izm".
I dlatego teraz trzeba Grecję bailoutować..
sobota, 22 października 2011
A lato było piękne tego roku
I było tyle wrzosów na bukiety.
Lato które zaczęło się po moim przyjeździe (16 czerwca), skończyło się (22 września), a ja wciąż żyję. Gdyż nieprawdziwe okazały się pogłoski o mojej śmierci termicznej. Wszyscy mi ją zapowiadali. Mówili "teraz to nic, zobaczysz w sierpniu" z nutką szydery i z pewną taką nieśmiałością w głosie. Tak, wszyscy śmiali się z przybysza z Północy. Wątpili w moje zdolności survivalowe. Ale ja jestem jak karaluch, przetrwam wszystko i wrócę ze zdwojoną siłą czułek. Tak też się stało.
A potem przyszła jesień i zaczęło się lato. No tak, lato, tylko tym razem takie bardziej polskie jakieś. Z deszczem od czasu do czasu. Z temperaturą umożliwiającą utrzymanie płynów wewnątrz skóry. Ze słońcem niespalającym wszystkiego na skwarek a wręcz umożliwiającym trawie rośnięcie (zasiałem trawę, mam trawę!). Z chłodnymi nocami. Nawet burze ze dwie były! Czyli typowe polskie lato i to takie jedne z lepszych. Naprawdę, żałujcie Wy, którzy do mnie jeszcze nie przyjechaliście co by zobaczyć, że październik to nie tylko Akatar, Aspiryna, koc lub pierzyna. Jest bosko.
Co? Wcale nie próbuję odwrócić Waszej uwagi od tego, że nie odzywałem się trzy miesiące. Przyznaję się. Winien. Winny. Wanna.
Ale po kolei.
Po przyjeździe sióstr Koś (początek sierpnia), w nagrodę za dobre sprawowanie dostałem przymusowe wakacje (środek sierpnia). Mój czas wolny który był zbawienny w czasie pobywania dziewcząt, zamienił się w przymusowe tygodniowe zamknięcie w moim studiu na krańcu świata (wylotówka na Troodos). Koniec sierpnia to powrót do pracy i odpoczynek od prowadzenia treningów wakacyjnych, wypełniony poszukiwaniem sali na regularne treningi. Po znalezieniu skromnego i przystępnego cenowo lokalu w szkółeczce tańcowanieczka Dance Factory (początek września) na Agias Irinis Street, udało mi się również "znaleźć" moje przyszłe nowe lokum, do którego przeprowadziłem się w okolicach zmiany pór roku (wspomniane wyżej 22 września). Lokum pod postacią domku nadawało się jedynie do generalnego sprzątania i wstępnego remontu (połowa września), do którego przystąpiłem przed przeprowadzką. Domek ma zalety: 15 minut spacerem do morza, 5 minut spacerem do lokalizacji treningów numer jeden, 5 minut spacerem do lokalizacji treningów numer dwa (o tym za chwilę), 10 minut samochodem do lokalizacji Laboratorium, w którym pracuję. Oprócz powyższych, domek ów, składający się z pokoju dużego, z pokoju małego będącego jednocześnie przedpokojem, kuchni i łazienki, ma także ogród, w którym mogę dostać figę. Albo tysiąc fig jeśli je sobie pozbieram z drzewa, które tam rośnie. Rośnie też mandarynka na uboczu (mandarynki biorą się z drzewa a nie z Carrefoura, wiedzieliście o tym?), jakieś inne drzewo, które rośnie za daleko żebym mógł je rozpoznać z widzenia, a przed domkiem, na ganku rośnie jeszcze zaś drzewo limonkowe. Limoniada jest więc na porządku dziennym. Ach, gdyby jeszcze można tu było dostać cachacę, albo choćby Desperadosa. Domek też ma wady: oprócz totalnego zaniedbania i konieczności odmalowania wszystkiego, cała lokalizacja była zarośnięta i zaśmiecona gruzem i chwastami i innymi papierami. W ogrodzie nadal stoi kilkaset kilo różnego rodzaju śmiecia, którego nie ma jak wywieźć, bo nikt nie wie gdzie się znajduje coś takiego jak wysypisko śmieci. Po w miarę usprzątnięciu i odmalowaniu dużego pokoju (koniec września, początek października) mogłem zabrać się do bardziej wzniosłych celów, jak organizowanie zajęć, zajęć pozalekcyjnych, promocji, marketingu i PR (22 października). Bo choć co prawda rozszerzyłem ofertę do trzech zajęć w tygodniu (oprócz Dance Factory, także większa sala w siłownio/fitnessie Saint Nicolas Fitness nieopodal Agios Nicolaos Church i Agios Nicolaos Roundabout w dzielnicy Agios Nicolaos - podaj trzy różnice, którym różnią się te obrazki), to jednak rozszerzyć grupy zanadto mię się nię udało i oscyluje ona w okolicach sześciu. Sprawdzają się więc słowa Mestre Bailarino: "zakładanie i prowadzenie grupy do ciężkie zadanie. Za trzy miesiące Augustin zadzwoni do mnie z płaczem, mówiąc że nikt nie chce chodzić na zajęcia". Jeszcze nie zadzwoniłem. W przyszłym tygodniu, mam nadzieję, zakończy się preprodukcja i postprodukcja ulotek i plakatów, zatem będę mógł ruszyć w miasto szerzyć dobrą nowinę. Inaczej, drogie dzieci, w te Święta prezentów nie będzie.
Co prowadzi mnie do konkluzji dzisiejszego wydania wiadomości.
Nabyłem dziś drogą kupna bilet do Warszawy via Praga (czyli wracam tak jak się tu dostałem). Jeśli chcecie zgotować mnie Rodę (tudzież Rotę) powitalną, transparenty, chleb, sól i zespół pieśni i tańca Mazowsze (Anetka - może być Śląsk. My Ślunzacy musimy trzymać się razem, nie?), to zapraszam na Lotnisko Okęcie, hala przylotów ok. godziny 8:15 AM w środę 21 grudnia. Dobra, wiem że to niezbyt romantyczna godzina, więc mam nadzieję, że chociaż ktoś po mnie wyjedzie.
A na zakończenie garść zdjęć i ich nieśmiesznych opisów.
Półwysep Akamas i rącza koza.
Widok z góry z Góry Troodos na Limassol i suche dżewo.
Crossroads bez Britney Spears, ale równie dramatyczne.
Kościółek na terenach zalewowych rezerwuaru Kouris.
Wschód słońca na plaży McKenzie (tą nad którą samoloty nisko latają a nie ma deszczu). Ta kulka z lewej to nie boja a czyiś łeb.
Kyperounta na jesieni. Jedna z większych wsi na Cyprze a wygląda jak favela.
Lato które zaczęło się po moim przyjeździe (16 czerwca), skończyło się (22 września), a ja wciąż żyję. Gdyż nieprawdziwe okazały się pogłoski o mojej śmierci termicznej. Wszyscy mi ją zapowiadali. Mówili "teraz to nic, zobaczysz w sierpniu" z nutką szydery i z pewną taką nieśmiałością w głosie. Tak, wszyscy śmiali się z przybysza z Północy. Wątpili w moje zdolności survivalowe. Ale ja jestem jak karaluch, przetrwam wszystko i wrócę ze zdwojoną siłą czułek. Tak też się stało.
A potem przyszła jesień i zaczęło się lato. No tak, lato, tylko tym razem takie bardziej polskie jakieś. Z deszczem od czasu do czasu. Z temperaturą umożliwiającą utrzymanie płynów wewnątrz skóry. Ze słońcem niespalającym wszystkiego na skwarek a wręcz umożliwiającym trawie rośnięcie (zasiałem trawę, mam trawę!). Z chłodnymi nocami. Nawet burze ze dwie były! Czyli typowe polskie lato i to takie jedne z lepszych. Naprawdę, żałujcie Wy, którzy do mnie jeszcze nie przyjechaliście co by zobaczyć, że październik to nie tylko Akatar, Aspiryna, koc lub pierzyna. Jest bosko.
Co? Wcale nie próbuję odwrócić Waszej uwagi od tego, że nie odzywałem się trzy miesiące. Przyznaję się. Winien. Winny. Wanna.
Ale po kolei.
Po przyjeździe sióstr Koś (początek sierpnia), w nagrodę za dobre sprawowanie dostałem przymusowe wakacje (środek sierpnia). Mój czas wolny który był zbawienny w czasie pobywania dziewcząt, zamienił się w przymusowe tygodniowe zamknięcie w moim studiu na krańcu świata (wylotówka na Troodos). Koniec sierpnia to powrót do pracy i odpoczynek od prowadzenia treningów wakacyjnych, wypełniony poszukiwaniem sali na regularne treningi. Po znalezieniu skromnego i przystępnego cenowo lokalu w szkółeczce tańcowanieczka Dance Factory (początek września) na Agias Irinis Street, udało mi się również "znaleźć" moje przyszłe nowe lokum, do którego przeprowadziłem się w okolicach zmiany pór roku (wspomniane wyżej 22 września). Lokum pod postacią domku nadawało się jedynie do generalnego sprzątania i wstępnego remontu (połowa września), do którego przystąpiłem przed przeprowadzką. Domek ma zalety: 15 minut spacerem do morza, 5 minut spacerem do lokalizacji treningów numer jeden, 5 minut spacerem do lokalizacji treningów numer dwa (o tym za chwilę), 10 minut samochodem do lokalizacji Laboratorium, w którym pracuję. Oprócz powyższych, domek ów, składający się z pokoju dużego, z pokoju małego będącego jednocześnie przedpokojem, kuchni i łazienki, ma także ogród, w którym mogę dostać figę. Albo tysiąc fig jeśli je sobie pozbieram z drzewa, które tam rośnie. Rośnie też mandarynka na uboczu (mandarynki biorą się z drzewa a nie z Carrefoura, wiedzieliście o tym?), jakieś inne drzewo, które rośnie za daleko żebym mógł je rozpoznać z widzenia, a przed domkiem, na ganku rośnie jeszcze zaś drzewo limonkowe. Limoniada jest więc na porządku dziennym. Ach, gdyby jeszcze można tu było dostać cachacę, albo choćby Desperadosa. Domek też ma wady: oprócz totalnego zaniedbania i konieczności odmalowania wszystkiego, cała lokalizacja była zarośnięta i zaśmiecona gruzem i chwastami i innymi papierami. W ogrodzie nadal stoi kilkaset kilo różnego rodzaju śmiecia, którego nie ma jak wywieźć, bo nikt nie wie gdzie się znajduje coś takiego jak wysypisko śmieci. Po w miarę usprzątnięciu i odmalowaniu dużego pokoju (koniec września, początek października) mogłem zabrać się do bardziej wzniosłych celów, jak organizowanie zajęć, zajęć pozalekcyjnych, promocji, marketingu i PR (22 października). Bo choć co prawda rozszerzyłem ofertę do trzech zajęć w tygodniu (oprócz Dance Factory, także większa sala w siłownio/fitnessie Saint Nicolas Fitness nieopodal Agios Nicolaos Church i Agios Nicolaos Roundabout w dzielnicy Agios Nicolaos - podaj trzy różnice, którym różnią się te obrazki), to jednak rozszerzyć grupy zanadto mię się nię udało i oscyluje ona w okolicach sześciu. Sprawdzają się więc słowa Mestre Bailarino: "zakładanie i prowadzenie grupy do ciężkie zadanie. Za trzy miesiące Augustin zadzwoni do mnie z płaczem, mówiąc że nikt nie chce chodzić na zajęcia". Jeszcze nie zadzwoniłem. W przyszłym tygodniu, mam nadzieję, zakończy się preprodukcja i postprodukcja ulotek i plakatów, zatem będę mógł ruszyć w miasto szerzyć dobrą nowinę. Inaczej, drogie dzieci, w te Święta prezentów nie będzie.
Co prowadzi mnie do konkluzji dzisiejszego wydania wiadomości.
Nabyłem dziś drogą kupna bilet do Warszawy via Praga (czyli wracam tak jak się tu dostałem). Jeśli chcecie zgotować mnie Rodę (tudzież Rotę) powitalną, transparenty, chleb, sól i zespół pieśni i tańca Mazowsze (Anetka - może być Śląsk. My Ślunzacy musimy trzymać się razem, nie?), to zapraszam na Lotnisko Okęcie, hala przylotów ok. godziny 8:15 AM w środę 21 grudnia. Dobra, wiem że to niezbyt romantyczna godzina, więc mam nadzieję, że chociaż ktoś po mnie wyjedzie.
A na zakończenie garść zdjęć i ich nieśmiesznych opisów.
Półwysep Akamas i rącza koza.
Widok z góry z Góry Troodos na Limassol i suche dżewo.
Crossroads bez Britney Spears, ale równie dramatyczne.
Kościółek na terenach zalewowych rezerwuaru Kouris.
Wschód słońca na plaży McKenzie (tą nad którą samoloty nisko latają a nie ma deszczu). Ta kulka z lewej to nie boja a czyiś łeb.
Kyperounta na jesieni. Jedna z większych wsi na Cyprze a wygląda jak favela.
środa, 27 lipca 2011
Capoeira
Całymi dniami taplam się w cemencie, wiercę dziury w ścianach, kopię dołki przy drodze i czasami spotykam się z ludźmi z całej Europy. Ale przyjechałem tu z trochę innym zamiarem. Jednak zamiar ten napotkał na drodze szarą rzeczywistość i na ten czas leży trochę odłogiem. Nie jest jednak zakopany pod natłokiem obowiązków gdyż jest celem, do którego owe obowiązki pomagają mi dotrzeć, choć poprzez drogę pełną chwastów i cierni. I choćbym kroczył ciemną doliną zła się nie ulęknę i do celu mego dotrę, po drodze tracąc parę kilo, śpiąc po cztery godziny na dobę i zapożyczając się na prawo i lewo w celu sfinansowania niezbędnych inwestycji. Lecz profity pod postacią satysfakcji z posiadanej grupy przyjdą, to wiem. Może nie jutro, może nie za tydzień i może nawet nie za pół roku, ale przyjdą. A wówczas przyjdzie roda i przyjdzie batizado i może Mestre nawet przyjdzie i powie "good job Matiek..", a ja i tak będę wiedział, że miał na myśli mnie a nie Maćka, którego pozdrawiam.
W chwili obecnej treningi udaje mi się prowadzić dwa razy w tygodniu. Treningi odbywają się na otwartym powietrzu pod daszkiem ogólnodostępnego mikro amfiteatrzyku Onisilos w dzielnicy turystycznej tuż przy plaży. Miejsce to dalekie jest ideałowi, mimo że zapewne nie ma zbyt wielu innych lokalizacji w których można wprost z treningu wbiec do morza i oddać się błogiej kąpieli. Jednak "be ton" na którym ćwiczymy ma swoje minusy i nie ułatwia au na głowie. Poszukuję więc ze skutkiem mizernym sali gimnastycznej albo angażu w klubie fitness lub szkole tańca. Mizeria jest spowodowana brakiem środku transportu, co mam nadzieję, zmieni się koniec końców z dniem jutrzejszym, i faktem, że w sezonie letnim wszystko tu pracuje na ćwierć gwizdka. Fitnesy się zamykają albo pracują do godzin śmiesznie niedostępnych dla klasy robotniczej. No i wszystko jest cholernie daleko. Szczególnie jeśli nie ma metra (choćby jednej linii), tramwajów, autobusów częściej niż co godzina (a w niedzielę co trzy), czy choćby rikszy (pozdrawiam wszystkich łodzian i ich pietrynowe lokomocje). Sierpień minie więc pod znakiem popołudniowych odwiedzin tego co akurat uda mi się znaleźć otwarte, a od września, mam nadzieję, ruszą regularne treningi. Jest również szansa na otwarcie grupy na głównym uniwersytecie (raczej polibudzie) w Limassol, ale by stało się to faktem, wiele Rubikonów jest jeszcze do przekroczenia.
Grupa ma nie powala też swoją liczebnością, choć przez już niemal półtora miesiąca treningów, przewinęło się chyba z 20 różnych osób. Trzon stanowią zawsze trzy, cztery te same osoby jednak większość wpada, mówi że bardzo im się podobało i że przyjdą następnym razem po czem słuch o nich zaginuje. Na ogół okazuje się, że ów ktoś właśnie wyjechał na wakacje i na pewno po nich na treningi wróci. Zapewne wróci, ale jak już mi powiedziano, takie przyjdę ale nie przyjdę jest bardzo cypryjskie... Generalnie - na Cypryjczykach lepiej nie polegać jak na Zawiszy i szwajcarskim zegarku. Pół godziny spóźnienia to żadne faux paux a wręcz przeciwnie. Sytuacja OCZYWIŚCIE zmieni się wraz z nastaniem ery płatnych treningów w sali. Choć mam nadzieję, że zderzenie z czymś takim jak PUNKTUALNOŚĆ i ORGANIZACJA nie wystraszy ich wszystkich gdzie pieprz i wanilia rośnie, czyli na Madagaskar.
Tako rzecze ja, Król Julian głosem Boberka.
A propos głosu.
- Co to jest Capoeira? - Spyta przechodzień.
- Capoeira to afrobrazylijska forma wyrazu artystycznego, unikalne połączenie cech tańca, muzyki, akrobacji i sztuki walki. Capoeira to ruchowy dialog dwojga partnerów w grze ataków i uników - pytań i odpowiedzi. - Udzielę informacji bez zastanowienia, bom wygadany jak tralala.
A teraz spróbuj powiedzieć to po angielsku (bo o grece nie ma co marzyć)? Trudne, co?
Mestre daje jakoś radę, to i ja będę.
http://vimeo.com/25055590
Ade re!
W chwili obecnej treningi udaje mi się prowadzić dwa razy w tygodniu. Treningi odbywają się na otwartym powietrzu pod daszkiem ogólnodostępnego mikro amfiteatrzyku Onisilos w dzielnicy turystycznej tuż przy plaży. Miejsce to dalekie jest ideałowi, mimo że zapewne nie ma zbyt wielu innych lokalizacji w których można wprost z treningu wbiec do morza i oddać się błogiej kąpieli. Jednak "be ton" na którym ćwiczymy ma swoje minusy i nie ułatwia au na głowie. Poszukuję więc ze skutkiem mizernym sali gimnastycznej albo angażu w klubie fitness lub szkole tańca. Mizeria jest spowodowana brakiem środku transportu, co mam nadzieję, zmieni się koniec końców z dniem jutrzejszym, i faktem, że w sezonie letnim wszystko tu pracuje na ćwierć gwizdka. Fitnesy się zamykają albo pracują do godzin śmiesznie niedostępnych dla klasy robotniczej. No i wszystko jest cholernie daleko. Szczególnie jeśli nie ma metra (choćby jednej linii), tramwajów, autobusów częściej niż co godzina (a w niedzielę co trzy), czy choćby rikszy (pozdrawiam wszystkich łodzian i ich pietrynowe lokomocje). Sierpień minie więc pod znakiem popołudniowych odwiedzin tego co akurat uda mi się znaleźć otwarte, a od września, mam nadzieję, ruszą regularne treningi. Jest również szansa na otwarcie grupy na głównym uniwersytecie (raczej polibudzie) w Limassol, ale by stało się to faktem, wiele Rubikonów jest jeszcze do przekroczenia.
Grupa ma nie powala też swoją liczebnością, choć przez już niemal półtora miesiąca treningów, przewinęło się chyba z 20 różnych osób. Trzon stanowią zawsze trzy, cztery te same osoby jednak większość wpada, mówi że bardzo im się podobało i że przyjdą następnym razem po czem słuch o nich zaginuje. Na ogół okazuje się, że ów ktoś właśnie wyjechał na wakacje i na pewno po nich na treningi wróci. Zapewne wróci, ale jak już mi powiedziano, takie przyjdę ale nie przyjdę jest bardzo cypryjskie... Generalnie - na Cypryjczykach lepiej nie polegać jak na Zawiszy i szwajcarskim zegarku. Pół godziny spóźnienia to żadne faux paux a wręcz przeciwnie. Sytuacja OCZYWIŚCIE zmieni się wraz z nastaniem ery płatnych treningów w sali. Choć mam nadzieję, że zderzenie z czymś takim jak PUNKTUALNOŚĆ i ORGANIZACJA nie wystraszy ich wszystkich gdzie pieprz i wanilia rośnie, czyli na Madagaskar.
Tako rzecze ja, Król Julian głosem Boberka.
A propos głosu.
- Co to jest Capoeira? - Spyta przechodzień.
- Capoeira to afrobrazylijska forma wyrazu artystycznego, unikalne połączenie cech tańca, muzyki, akrobacji i sztuki walki. Capoeira to ruchowy dialog dwojga partnerów w grze ataków i uników - pytań i odpowiedzi. - Udzielę informacji bez zastanowienia, bom wygadany jak tralala.
A teraz spróbuj powiedzieć to po angielsku (bo o grece nie ma co marzyć)? Trudne, co?
Mestre daje jakoś radę, to i ja będę.
http://vimeo.com/25055590
Ade re!
środa, 13 lipca 2011
Nie lubię poniedziałków
I zapewne wielu mieszkańców Cypru także. Ostatni poniedziałek był szczególnie nieprzyjemny. Ale po kolei.
Jak wcześniej wspominałem, na Cyprze pracuje się na ogół od godziny 7:00 rano, głównie ze względu tą na minimalną szansę, że będzie minimalnie chłodniej niż o godzinie 9:00. W lipcu i sierpniu i tak nie ma to znaczenia. Jest gorąco i tyle.
W związku z koniecznością znalezienia się w pracy o tej wściekle wczesnej godzinie, wstałem o 6:30 i już o 6:55 byłem gotów udać się w podróż niedawno zapożyczonym rowerem. Do pracy mam cały czas z górki, więc 5 minut to akurat w sam raz by spóźnić się tyle ile wypada, czyli gdzieś z 5 minut właśnie. Możecie jedynie próbować sobie wyobrazić jak wielki był mój zawód, gdy oczom mym ukazała się totalnie pozbawiona powietrza opona przednia. Zamiast powietrza zaś znalazłem jedynie pamiątki po wczorajszej przejażdżce po okolicznych wzgórzach. Okazało się, że na cierniste krzewy alergię mają nie tylko wczesnochrześcijanie, ale i mój rower. Ucieszony tym faktem, podjąłem po raz kolejny ekspedycję pieszą, gdyż alternatywy nie miałem.
W trakcie spaceru, już w obrębie miasta, napotkałem kolejną dziwę, jaką była mgłochmura, która pokryła całe miasto i nawet zaczęła je rosić namiastką deszczu. Po raz pierwszy odkąd jestem na Cyprze widziałem takie zjawisko pogodowe i po raz pierwszy także patrząc w stronę słońca, nie widziałem go tam gdzie być powinno. Było to bardzo dziwne uczucie, temperatura spadła o kilka stopni.
Generalnie rzecz biorąc - powiało chłodem.
Dotarłem do biura. Kolejna dziwna rzecz - wszyscy siedzieli cicho. Jako, że nie znam greki (szok!) nie wdawałem się w dyskusję na dzień dobry, udałem się za to do najbliższego kontaktu, ponieważ mój iPhone, zaczął dawać znaki braku prądu. Jednakże wtyczka, do której usiłowałem się podpiąć, postanowiła przekazać mi znaki tego samego rodzaju. Na koniec Maria (z akcentem na "ija"), jedna z mych współpracownic, poinformowała mnie, że prądu nie ma i żebym się nie kłopotał.
Zasiadłem więc jak wszyscy i czekałem w milczeniu na kolejne zlecenie zrobienia kubików z cementu. Czas mijał, przyszedł Theo i spytał (pisownia błędna i nieoryginalna):
- Do you know what happend?
- Yes, there is no electricity.
- You didn't heard??? There was explosion at the morning, near Larnaca. Many people died.
- WTF...?
I tak się zaczęło. Black day, jak powiedział (jeszcze) prezydent Cypru, po czym znikł.
Oto co się stało. W pobieżnym skrócie bo i tak się rozgadałem.
Dwa lata temu wojsko amerykańskie, nie zaś cypryjskie jak podaje PAP, przechwyciło transport amunicji zmierzający do Syrii. Zgodnie z rezolucją ONZ, amunicja ta została skonfiskowana i umieszczona w bazie wojskowej w najbliższym cywilizowanym i nie objętym działaniami wojennymi kraju. Traf chciał, że był to Cypr. Ładunek 98 pojemników znalazł swoje miejsce tymczasowego spoczynku w bazie marynarki Evangelos Florakis w miejscowości Zygi tuż obok największej elektrowni w kraju Vassilikos.
Zbiorniki, jak widać powyżej, były składowane w pełnym słońcu. Przez dwa lata nikt z nimi nic nie zrobił. Dowódca bazy wielokrotnie apelował do władz o umieszczenie ich w jakkolwiek zabezpieczonym miejscu. Minister Obrony stwierdził, że zbiorniki te są zupełnie nieszkodliwe i równie dobrze mogłby by być umieszczone w jakimkolwiek miejscu zamieszkałym przez ludzi. Nikt nie przejął się również gdy pod wpływem upałów, zawartość kontenerów zaczęła pęcznieć. Dosłownie.
W poniedziałek rano, ok. godziny 4:30 w pobliżu zbiorników zaczął płonąć ogień. Wezwani strażacy bezskutecznie próbowali utrzymać pożar w ryzach. Na miejsce przyjechał także dowódca bazy i rozkazał wszystkim, którzy nie mogli mu już w niczym pomóc by ją opuścili. Sam został, by dowodzić akcją. O 5:30 wybuchły zbiorniki. Siła uderzeniowa była tak wielka, że uszkodziła setki domów w okolicy oraz stojącą nieopodal elektrownię. W miejscu gdzie stały powstał wielki krater. Zginęło 12 osób, 62 zostały ranne. Tylko dzięki owemu dowódcy (to ten sam, który próbował zrobić cokolwiek w sprawie kontenerów z amunicją stojących frywolnie na wolnym słońcu) ofiar było "tylko" tyle. Teraz jest uznawany za bohatera, zaś prezydent Cypru za wroga publicznego numer jeden.
Fala społecznego niezadowolenia rozlała się po kraju pozbawionym prądu i klimatyzacji - elektrownia Vassilikos pokrywała 60% zapotrzebowania Cypru. Teraz prąd w Limassol jest przez kilka godzin dziennie, co uniemożliwia normalną pracę wszystkim, także i mnie. Jednak cała złość koncentruje się w stolicy kraju, Nikozji. Przy okazji jednym z najcieplejszych miejsc w kraju, bo nie leżącym ani w górach ani nad morzem. Wczorajszą demonstrację (pokojową!) zasiliło tam 10 tys. osób. Dzisiejsze pogrzeby oglądał cały kraj. Sam widziałem jeden, gdy jechałem autostradą na trening. Kierowcy parkowali swe samochody NA autostradzie (przechodzi przez środek miasta, nieopodal jednej z ważniejszych bazylik w Limassol), by również uczestniczyć w obchodach. Minister Obrony i Szef Gwardii Narodowej podali się do dymisji, ale dopóki Prezydent zachowuje swoje stanowisko, manifestacjom nie będzie końca.
Taki mały kraj, a tyle się dzieje. Przynajmniej jest o czym pisać.
Jak wcześniej wspominałem, na Cyprze pracuje się na ogół od godziny 7:00 rano, głównie ze względu tą na minimalną szansę, że będzie minimalnie chłodniej niż o godzinie 9:00. W lipcu i sierpniu i tak nie ma to znaczenia. Jest gorąco i tyle.
W związku z koniecznością znalezienia się w pracy o tej wściekle wczesnej godzinie, wstałem o 6:30 i już o 6:55 byłem gotów udać się w podróż niedawno zapożyczonym rowerem. Do pracy mam cały czas z górki, więc 5 minut to akurat w sam raz by spóźnić się tyle ile wypada, czyli gdzieś z 5 minut właśnie. Możecie jedynie próbować sobie wyobrazić jak wielki był mój zawód, gdy oczom mym ukazała się totalnie pozbawiona powietrza opona przednia. Zamiast powietrza zaś znalazłem jedynie pamiątki po wczorajszej przejażdżce po okolicznych wzgórzach. Okazało się, że na cierniste krzewy alergię mają nie tylko wczesnochrześcijanie, ale i mój rower. Ucieszony tym faktem, podjąłem po raz kolejny ekspedycję pieszą, gdyż alternatywy nie miałem.
W trakcie spaceru, już w obrębie miasta, napotkałem kolejną dziwę, jaką była mgłochmura, która pokryła całe miasto i nawet zaczęła je rosić namiastką deszczu. Po raz pierwszy odkąd jestem na Cyprze widziałem takie zjawisko pogodowe i po raz pierwszy także patrząc w stronę słońca, nie widziałem go tam gdzie być powinno. Było to bardzo dziwne uczucie, temperatura spadła o kilka stopni.
Generalnie rzecz biorąc - powiało chłodem.
Dotarłem do biura. Kolejna dziwna rzecz - wszyscy siedzieli cicho. Jako, że nie znam greki (szok!) nie wdawałem się w dyskusję na dzień dobry, udałem się za to do najbliższego kontaktu, ponieważ mój iPhone, zaczął dawać znaki braku prądu. Jednakże wtyczka, do której usiłowałem się podpiąć, postanowiła przekazać mi znaki tego samego rodzaju. Na koniec Maria (z akcentem na "ija"), jedna z mych współpracownic, poinformowała mnie, że prądu nie ma i żebym się nie kłopotał.
Zasiadłem więc jak wszyscy i czekałem w milczeniu na kolejne zlecenie zrobienia kubików z cementu. Czas mijał, przyszedł Theo i spytał (pisownia błędna i nieoryginalna):
- Do you know what happend?
- Yes, there is no electricity.
- You didn't heard??? There was explosion at the morning, near Larnaca. Many people died.
- WTF...?
I tak się zaczęło. Black day, jak powiedział (jeszcze) prezydent Cypru, po czym znikł.
Oto co się stało. W pobieżnym skrócie bo i tak się rozgadałem.
Dwa lata temu wojsko amerykańskie, nie zaś cypryjskie jak podaje PAP, przechwyciło transport amunicji zmierzający do Syrii. Zgodnie z rezolucją ONZ, amunicja ta została skonfiskowana i umieszczona w bazie wojskowej w najbliższym cywilizowanym i nie objętym działaniami wojennymi kraju. Traf chciał, że był to Cypr. Ładunek 98 pojemników znalazł swoje miejsce tymczasowego spoczynku w bazie marynarki Evangelos Florakis w miejscowości Zygi tuż obok największej elektrowni w kraju Vassilikos.
Zbiorniki, jak widać powyżej, były składowane w pełnym słońcu. Przez dwa lata nikt z nimi nic nie zrobił. Dowódca bazy wielokrotnie apelował do władz o umieszczenie ich w jakkolwiek zabezpieczonym miejscu. Minister Obrony stwierdził, że zbiorniki te są zupełnie nieszkodliwe i równie dobrze mogłby by być umieszczone w jakimkolwiek miejscu zamieszkałym przez ludzi. Nikt nie przejął się również gdy pod wpływem upałów, zawartość kontenerów zaczęła pęcznieć. Dosłownie.
W poniedziałek rano, ok. godziny 4:30 w pobliżu zbiorników zaczął płonąć ogień. Wezwani strażacy bezskutecznie próbowali utrzymać pożar w ryzach. Na miejsce przyjechał także dowódca bazy i rozkazał wszystkim, którzy nie mogli mu już w niczym pomóc by ją opuścili. Sam został, by dowodzić akcją. O 5:30 wybuchły zbiorniki. Siła uderzeniowa była tak wielka, że uszkodziła setki domów w okolicy oraz stojącą nieopodal elektrownię. W miejscu gdzie stały powstał wielki krater. Zginęło 12 osób, 62 zostały ranne. Tylko dzięki owemu dowódcy (to ten sam, który próbował zrobić cokolwiek w sprawie kontenerów z amunicją stojących frywolnie na wolnym słońcu) ofiar było "tylko" tyle. Teraz jest uznawany za bohatera, zaś prezydent Cypru za wroga publicznego numer jeden.
Fala społecznego niezadowolenia rozlała się po kraju pozbawionym prądu i klimatyzacji - elektrownia Vassilikos pokrywała 60% zapotrzebowania Cypru. Teraz prąd w Limassol jest przez kilka godzin dziennie, co uniemożliwia normalną pracę wszystkim, także i mnie. Jednak cała złość koncentruje się w stolicy kraju, Nikozji. Przy okazji jednym z najcieplejszych miejsc w kraju, bo nie leżącym ani w górach ani nad morzem. Wczorajszą demonstrację (pokojową!) zasiliło tam 10 tys. osób. Dzisiejsze pogrzeby oglądał cały kraj. Sam widziałem jeden, gdy jechałem autostradą na trening. Kierowcy parkowali swe samochody NA autostradzie (przechodzi przez środek miasta, nieopodal jednej z ważniejszych bazylik w Limassol), by również uczestniczyć w obchodach. Minister Obrony i Szef Gwardii Narodowej podali się do dymisji, ale dopóki Prezydent zachowuje swoje stanowisko, manifestacjom nie będzie końca.
Taki mały kraj, a tyle się dzieje. Przynajmniej jest o czym pisać.
wtorek, 12 lipca 2011
Tawerna/ταβέρνα
Czyta się tak samo, trochę inaczej się pisze. W środku wystrój podobny, ale dania już nieco inne. Często przygrywa muzyka, raz z głośnika, raz z palnika. Pan Grek gra na greckiej gitarze, która na pewno ma jakąś swoją wymyślną nazwę własną. Do rytmu gitary i pianinka zaś tańczy się w charakterystyczny dla Greka sposób, czego się w polskich tawernach nie robi, chyba że grają szanty a ty akurat jesteś Klapkiem.
Tak, znowu się załapałem na wypad z IAESTE. W sumie to dość dziwne, bo po przyjeździe na Cypr moją największą grupę znajomych (co prawda tylko weekendowych) stanowią niemal wszyscy, tylko nie Cypryjczycy. Jest Theo i jest Pambos, a reszta co najwyżej pochodzi z Grecji i po turnusie wróci tam by dalej bankrutować i domagać się obalenia rządu. Trzecia połowa tej zbieraniny to, jak już wcześniej parę razy wspominałem, głównie mieszkańcy Europy centralnej z domieszką Wschodniej, Północnej, Zachodniej i Meksyku. Bliski Wschód też ma swoich przedstawicieli. By the way - czy jakiś domorosły geograf (Frolot?) wypowie się bez zaglądania do Wikipedii, do jakiego regionu zalicza się Cypr? A jeśli do Europy to jakim prawem i lewem (kierunek ruchu)??? Bliżej mi tu do Izraela i Syrii niż do Krety.
Brzydal, Theo i Sophia (z akcentem na "i" - "zofija")
Tak więc, porzucając didaskalia i wątki poboczne, dzięki w miarę regularnym spotkaniom, zaczynam poznawać tychże ludzi i stwierdzam, że im mniej znasz angielski tym bardziej otwartą osobą jesteś. A raczej - na wyjazd za granicę bez znajomości języka miejscowego i/lub angielskiego, mogą zdecydować się tylko ludzie bezgranicznie wierzący w siłę przebicia swojej pozytywnej natury i/lub Polacy chcący pracować w ubojni kurczaków w Ipswich. Takimi właśnie człowiekami są Misza (Mikhail) i Sergio (Sergio). Ich znajomość angielskiego zamyka się w 100 słowach. Po zsumowaniu.
Dla przykładu, scenka rodzajowa:
Przy pierwszym spotkaniu z Miszką, Theo kurtuazyjnie spytał.
- Michael, how are you?
- I'm the best! - odpowiedział bez żenady i zgodnie z prawdą Mikhail.
Sergio zaś opowiedział mi historię swoją, swojej rodziny, o życiu codziennym w Meksyku, opisał mi także swoje plany na przyszłość używając głównie rąk i owych 50 słów per capita jego jedną.
Sergio
W tawernie jedliśmy co i rusz donoszone dania kuchni cypryjskiej, popijając co i rusz donoszonymi winami by na koniec co i rusz ruszyć na parkiet o powierzchni 2,5 x 2,5 metra i tańczyć typowe greckie tańce, które typowy Polak wszystkie wrzuci do jednego wora pod nazwą Zorba, a którego to określenia typowy Grek nawet nie zna. Taniec grecki składa się z: bardzo skomplikowanego rytmu, ekspresyjnego tańca polegającego na "chodzeniu" do tegoż rytmu i pokazywaniu bólu po stracie ukochanej kobiety, bo głównie o tym opowiadają ichnie piosenki (podobno, wierzę na słowo). Jako znany i uznany na świecie tancerz i choreograf Augustin vel Egurrola, spróbowałem swych sił i podjąłem nieudolną próbę oddania ruchem ciała w/w składników. Nieudolną, gdyż mój "taniec" przypominał bardziej electric boogie, a bólu po stracie robota nikt jakoś nie był w stanie zinternalizować.
Koniec imprezy w tawernie, był początkiem gorącej sobotniej nocy. Tak przynajmniej zapowiadało się na wstępie, jednak zmęczenie jedzeniem i piciem bez ograniczeń (za jedyne 20 euro bez VAT!), odebrało siły decyzyjnej części gawiedzi. Po przemknięciu przez jeden z klubów, w którym głównymi hot spotami (oprócz baru), były wiatraki mielące gorące powietrze i zamieniające je na obklejającą wszystkich watę cukrową, rozsiedliliśmy się na ulicy, porobiliśmy sobie zdjęcia i poszliśmy do domów.
Na koniec zdjęcie Sophii z Athen, która pewnie mnie zabije/pozwie za publikację jej wizerunku, ale wg mnie naprawdę ładnie na nim wygląda, więc nie powinna się czuć urażona :) Nie, nie jest to Afrodyta i nią nie będzie, więc bez gupich komentarzy proszę.
Sophie, if someday you will find here this picture, please don't kill or sue me!
Tak, znowu się załapałem na wypad z IAESTE. W sumie to dość dziwne, bo po przyjeździe na Cypr moją największą grupę znajomych (co prawda tylko weekendowych) stanowią niemal wszyscy, tylko nie Cypryjczycy. Jest Theo i jest Pambos, a reszta co najwyżej pochodzi z Grecji i po turnusie wróci tam by dalej bankrutować i domagać się obalenia rządu. Trzecia połowa tej zbieraniny to, jak już wcześniej parę razy wspominałem, głównie mieszkańcy Europy centralnej z domieszką Wschodniej, Północnej, Zachodniej i Meksyku. Bliski Wschód też ma swoich przedstawicieli. By the way - czy jakiś domorosły geograf (Frolot?) wypowie się bez zaglądania do Wikipedii, do jakiego regionu zalicza się Cypr? A jeśli do Europy to jakim prawem i lewem (kierunek ruchu)??? Bliżej mi tu do Izraela i Syrii niż do Krety.
Brzydal, Theo i Sophia (z akcentem na "i" - "zofija")
Tak więc, porzucając didaskalia i wątki poboczne, dzięki w miarę regularnym spotkaniom, zaczynam poznawać tychże ludzi i stwierdzam, że im mniej znasz angielski tym bardziej otwartą osobą jesteś. A raczej - na wyjazd za granicę bez znajomości języka miejscowego i/lub angielskiego, mogą zdecydować się tylko ludzie bezgranicznie wierzący w siłę przebicia swojej pozytywnej natury i/lub Polacy chcący pracować w ubojni kurczaków w Ipswich. Takimi właśnie człowiekami są Misza (Mikhail) i Sergio (Sergio). Ich znajomość angielskiego zamyka się w 100 słowach. Po zsumowaniu.
Dla przykładu, scenka rodzajowa:
Przy pierwszym spotkaniu z Miszką, Theo kurtuazyjnie spytał.
- Michael, how are you?
- I'm the best! - odpowiedział bez żenady i zgodnie z prawdą Mikhail.
Sergio zaś opowiedział mi historię swoją, swojej rodziny, o życiu codziennym w Meksyku, opisał mi także swoje plany na przyszłość używając głównie rąk i owych 50 słów per capita jego jedną.
Sergio
W tawernie jedliśmy co i rusz donoszone dania kuchni cypryjskiej, popijając co i rusz donoszonymi winami by na koniec co i rusz ruszyć na parkiet o powierzchni 2,5 x 2,5 metra i tańczyć typowe greckie tańce, które typowy Polak wszystkie wrzuci do jednego wora pod nazwą Zorba, a którego to określenia typowy Grek nawet nie zna. Taniec grecki składa się z: bardzo skomplikowanego rytmu, ekspresyjnego tańca polegającego na "chodzeniu" do tegoż rytmu i pokazywaniu bólu po stracie ukochanej kobiety, bo głównie o tym opowiadają ichnie piosenki (podobno, wierzę na słowo). Jako znany i uznany na świecie tancerz i choreograf Augustin vel Egurrola, spróbowałem swych sił i podjąłem nieudolną próbę oddania ruchem ciała w/w składników. Nieudolną, gdyż mój "taniec" przypominał bardziej electric boogie, a bólu po stracie robota nikt jakoś nie był w stanie zinternalizować.
Koniec imprezy w tawernie, był początkiem gorącej sobotniej nocy. Tak przynajmniej zapowiadało się na wstępie, jednak zmęczenie jedzeniem i piciem bez ograniczeń (za jedyne 20 euro bez VAT!), odebrało siły decyzyjnej części gawiedzi. Po przemknięciu przez jeden z klubów, w którym głównymi hot spotami (oprócz baru), były wiatraki mielące gorące powietrze i zamieniające je na obklejającą wszystkich watę cukrową, rozsiedliliśmy się na ulicy, porobiliśmy sobie zdjęcia i poszliśmy do domów.
Na koniec zdjęcie Sophii z Athen, która pewnie mnie zabije/pozwie za publikację jej wizerunku, ale wg mnie naprawdę ładnie na nim wygląda, więc nie powinna się czuć urażona :) Nie, nie jest to Afrodyta i nią nie będzie, więc bez gupich komentarzy proszę.
Sophie, if someday you will find here this picture, please don't kill or sue me!
poniedziałek, 4 lipca 2011
Do posłuchania
W oczekiwaniu na telefon, który ma sprawić iż stanę się chwilowym posiadaczem cudzego roweru, a który to rower będzie trzecią nogą w moim "sprawnym inaczej" poruszaniu się po pięknym mieście Limassol, słucham sobie muzyki.
No i co z tego, zapytacie. Słusznie, przyznam szczerze, prócz tego, że muzyka ta jest muzyką grecką. Grecy bowiem, uwielbiają słuchać greckiej muzyki. Są z niej niesamowicie dumni. I nie mówię tu tylko o muzyce popularnej. Każdy Cypryjczyk będzie w stanie w dowolnym momencie odtworzyć kanoniczne fragmenty muzyki bizantyjskiej, lub trochę mniej odległe wiekowo przyśpiewki ludowe (coś co my głównie znamy pod nazwą "Zorby" a co absolutnie nie jest ani krztynę bliskie stanu rzeczywistemu). Jednak to muzyka współczesna wypełnia eter. Około 90% czasu antenowego wypełnione jest przebojami z Grecji. Rynek muzyczny Grecji i Cypru jest połączony i wiele gwiazd greckich estrad jest pochodzenia cypryjskiego, tak więc wszyscy na Cyprze słuchają tego samego co i na Półwyspie Peloponeskim i okolicach. A co właśnie jest na topie? M.in. to o... czekaj jak się wkleja filmik z jutuba... mhm... zaraz. Ups.. Aaaa, no tak.
Na koniec ciekawostka. Jednym ze znanych (pół)Cypryjczyków na światowej scenie muzycznej jest niejaki Georgios Kyriacos Panayiotou alias George Michael :)
No i co z tego, zapytacie. Słusznie, przyznam szczerze, prócz tego, że muzyka ta jest muzyką grecką. Grecy bowiem, uwielbiają słuchać greckiej muzyki. Są z niej niesamowicie dumni. I nie mówię tu tylko o muzyce popularnej. Każdy Cypryjczyk będzie w stanie w dowolnym momencie odtworzyć kanoniczne fragmenty muzyki bizantyjskiej, lub trochę mniej odległe wiekowo przyśpiewki ludowe (coś co my głównie znamy pod nazwą "Zorby" a co absolutnie nie jest ani krztynę bliskie stanu rzeczywistemu). Jednak to muzyka współczesna wypełnia eter. Około 90% czasu antenowego wypełnione jest przebojami z Grecji. Rynek muzyczny Grecji i Cypru jest połączony i wiele gwiazd greckich estrad jest pochodzenia cypryjskiego, tak więc wszyscy na Cyprze słuchają tego samego co i na Półwyspie Peloponeskim i okolicach. A co właśnie jest na topie? M.in. to o... czekaj jak się wkleja filmik z jutuba... mhm... zaraz. Ups.. Aaaa, no tak.
ΜΕΛΙΣΣΕΣ & ΗΒΗ ΑΔΑΜΟΥ - Krata ta matia sou kleista
Nino - Ok
Dimos Anastasialis - An M' Agapas (to mi się podobie nawet)
Na koniec ciekawostka. Jednym ze znanych (pół)Cypryjczyków na światowej scenie muzycznej jest niejaki Georgios Kyriacos Panayiotou alias George Michael :)
niedziela, 3 lipca 2011
Villakend
IAESTE, czyli wspominana wcześniej organizacja unijna, umożliwiająca studentom kierunków technicznych odbycie stażu zagranico, bardzo troszczy się o swoich podopiecznych. W ramach wolontariatu, tzw. opiekunowie przejmują pieczę nad czasem wolnym przybyszów z innych krajów i w miarę możliwości organizują im różnego rodzaju atrakcje. Do tej pory, podczepiałem się pod wspólne spotkania w kawiarniach. Tym razem, dzięki Theo mogłem pojechać na weekendowy pobyt w Villi nieopodal Pafos (nieopodal, oznacza kilkadziesiąt kilometrów, kilka kilometrów od kurortu Latchi). Niestety, obowiązki służbowe (tak, tak - wbrew pozorom ja tu ciężko pracuję) zmusiły mnie do odłożenia wyjazdu na sobotnie popołudnie.
Zaraz po powrocie z pracy, do mej podmiejskiej posiadłości, odświeżyłem się w basenie, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy (zapominając o kilku innych) i wyruszyłem w drogę. Drodzy słuchacze, musicie bowiem wiedzieć, że poruszanie się po Cyprze bez własnego samochodu to wieczna droga przez skwar i mękę. Dlatego też moja podróż składała się na następujących odcinków specjalnych:
1OS - Robert Korzeniowski's style walking z domu na przystanek - około 10 minut - priceless
2OS - Autobus miejski do stacji autobusów międzymiastowych - 15 minut - 1€
3OS - Taxobus do Pafos - 1 godzina - 10€
4OS - Bus do Polis Chrysochous - 50 minut - 1€
5OS - Robert Korzeniowski's style walking z przystanku w Polis na plażę - 15 minut - priceless
Bus z Pafos do Polis
Droga na plażę z Polis
Droga na plażę z Polis ale już troszkę bliżej morza.
Na plaży spędziłem około 2 godzin, ponieważ musiałem poczekać na kolegę Theo, Pambosa (tak, to jest imię). Dodam, że czasu spędzonego na plaży nie uważam za stracony :)
W oddali - Afrodyta.
Pambos, był na tyle miły, że podwiózł mnie do Latchi, gdzie IAESTE-owcy zakończyli byli właśnie rejs statkiem, na który się nie załapałem i zabierali się właśnie do kolacji w miejscowej restauracji, na którą to kolację się załapałem. Tym razem zebrały się chyba wszystkie osoby z Turnusu. Większość z nich pracuje w Nikozji, ale było też parę osób z Limassol. Przy stole spotkało się ponad dwudziestu przedstawicieli takich krajów jak Norwegia, Czechy, Serbia, Niemcy, Hiszpania (a w zasadzie Dumna Katalonia:), Słowenia, Bośnia, Węgry, Liban, Rosja, Grecja, Cypr i Polska. Lingua franca - angielski, poziom - zróżnicowany. Po spożyciu morskich przysmaków, na które zdecydowali się głównie miejscowi, gdyż ja pozostałem przy bezpiecznym kurczaku, okraszonym szpinakiem i fetą, pojechaliśmy do domu. Do wynajętego domu pośród wzgórz okolic Polis. Dojechaliśmy wieczorem, więc nie mogłem w pełni docenić uroków okolicy. A w zasadzie mogłem docenić uroki okolicy w wydaniu nocnym. Malowniczość tego miejsca była nie do opisania. Więc jej nie opiszę. Powiem tylko, że kąpać się w basenie w środku nocy, z widokiem na oddalone wzgórza rozświetlone girlandami domków, to przeżycie niezapomniane, ale chyba jedno z wielu których na Cyprze można doświadczyć.
Wieczorem pobawiliśmy się jeszcze w gry towarzyskie wymyślone przez uroczego Niemca i mocno zmęczeni, około 3am udaliśmy się na spoczynek. Villa, co za chwilę okaże się na zdjęciach, musiała pomieścić ponad dwadzieścia osób. Miejsc sypialnych starczało co najwyżej dla połowy, więc każdy wciskał się tam gdzie się dało. Mnie przypadł leżak kąpielowy przy basenie pod chmurką. I było to najlepsze co mogło mnie spotkać. Pamiętam jedne wakacje na Mazurach, gdy spałem na pokładzie wynajętej żaglówki. To było piękne lato, bardzo ciepłe i w miłym towarzystwie, ale to co głównie z tego wyjazdu zapamiętałem, to właśnie noce pod gwiazdami na pokładzie. Wczoraj przypomniał mi się ów wyjazd, gdy po zgaszeniu wszystkich świateł, nad moją głową pojawiło się miliard niedających zasnąć gwiazd. Czułem się jak obserwatorium astronomiczne. Nic nie ograniczało mi tego widoku i za nic nie chciałem przerywać sobie tej przyjemności. Ale w końcu nadszedł sen.
Ranek przyniósł słońce, ale ono łaskawie pozwoliło się wyspać, chowając się w cieniu po kątach aż do 9:00. Po śniadaniu i pogawędkach, towarzystwo przystąpiło do upamiętniania swojej wizyty w tym miejscu. Takoż i ja.
Od lewej - Katalonia, Katalonia, Rosja, Norwegia
Po ułożeniu się w mega IAESTE, wpisaniu do księgi pamiątkowej, ruszyliśmy z Theo, Norwegiem, Węgierką i Niemką w podróż z powrotem do Limassol. W tę stronę było jakoś szybciej...
A oto i jego wysokość Byrzydal. Pozdrawiam!
Zaraz po powrocie z pracy, do mej podmiejskiej posiadłości, odświeżyłem się w basenie, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy (zapominając o kilku innych) i wyruszyłem w drogę. Drodzy słuchacze, musicie bowiem wiedzieć, że poruszanie się po Cyprze bez własnego samochodu to wieczna droga przez skwar i mękę. Dlatego też moja podróż składała się na następujących odcinków specjalnych:
1OS - Robert Korzeniowski's style walking z domu na przystanek - około 10 minut - priceless
2OS - Autobus miejski do stacji autobusów międzymiastowych - 15 minut - 1€
3OS - Taxobus do Pafos - 1 godzina - 10€
4OS - Bus do Polis Chrysochous - 50 minut - 1€
5OS - Robert Korzeniowski's style walking z przystanku w Polis na plażę - 15 minut - priceless
Bus z Pafos do Polis
Droga na plażę z Polis
Droga na plażę z Polis ale już troszkę bliżej morza.
Na plaży spędziłem około 2 godzin, ponieważ musiałem poczekać na kolegę Theo, Pambosa (tak, to jest imię). Dodam, że czasu spędzonego na plaży nie uważam za stracony :)
W oddali - Afrodyta.
Pambos, był na tyle miły, że podwiózł mnie do Latchi, gdzie IAESTE-owcy zakończyli byli właśnie rejs statkiem, na który się nie załapałem i zabierali się właśnie do kolacji w miejscowej restauracji, na którą to kolację się załapałem. Tym razem zebrały się chyba wszystkie osoby z Turnusu. Większość z nich pracuje w Nikozji, ale było też parę osób z Limassol. Przy stole spotkało się ponad dwudziestu przedstawicieli takich krajów jak Norwegia, Czechy, Serbia, Niemcy, Hiszpania (a w zasadzie Dumna Katalonia:), Słowenia, Bośnia, Węgry, Liban, Rosja, Grecja, Cypr i Polska. Lingua franca - angielski, poziom - zróżnicowany. Po spożyciu morskich przysmaków, na które zdecydowali się głównie miejscowi, gdyż ja pozostałem przy bezpiecznym kurczaku, okraszonym szpinakiem i fetą, pojechaliśmy do domu. Do wynajętego domu pośród wzgórz okolic Polis. Dojechaliśmy wieczorem, więc nie mogłem w pełni docenić uroków okolicy. A w zasadzie mogłem docenić uroki okolicy w wydaniu nocnym. Malowniczość tego miejsca była nie do opisania. Więc jej nie opiszę. Powiem tylko, że kąpać się w basenie w środku nocy, z widokiem na oddalone wzgórza rozświetlone girlandami domków, to przeżycie niezapomniane, ale chyba jedno z wielu których na Cyprze można doświadczyć.
Wieczorem pobawiliśmy się jeszcze w gry towarzyskie wymyślone przez uroczego Niemca i mocno zmęczeni, około 3am udaliśmy się na spoczynek. Villa, co za chwilę okaże się na zdjęciach, musiała pomieścić ponad dwadzieścia osób. Miejsc sypialnych starczało co najwyżej dla połowy, więc każdy wciskał się tam gdzie się dało. Mnie przypadł leżak kąpielowy przy basenie pod chmurką. I było to najlepsze co mogło mnie spotkać. Pamiętam jedne wakacje na Mazurach, gdy spałem na pokładzie wynajętej żaglówki. To było piękne lato, bardzo ciepłe i w miłym towarzystwie, ale to co głównie z tego wyjazdu zapamiętałem, to właśnie noce pod gwiazdami na pokładzie. Wczoraj przypomniał mi się ów wyjazd, gdy po zgaszeniu wszystkich świateł, nad moją głową pojawiło się miliard niedających zasnąć gwiazd. Czułem się jak obserwatorium astronomiczne. Nic nie ograniczało mi tego widoku i za nic nie chciałem przerywać sobie tej przyjemności. Ale w końcu nadszedł sen.
Ranek przyniósł słońce, ale ono łaskawie pozwoliło się wyspać, chowając się w cieniu po kątach aż do 9:00. Po śniadaniu i pogawędkach, towarzystwo przystąpiło do upamiętniania swojej wizyty w tym miejscu. Takoż i ja.
Od lewej - Katalonia, Katalonia, Rosja, Norwegia
Po ułożeniu się w mega IAESTE, wpisaniu do księgi pamiątkowej, ruszyliśmy z Theo, Norwegiem, Węgierką i Niemką w podróż z powrotem do Limassol. W tę stronę było jakoś szybciej...
A oto i jego wysokość Byrzydal. Pozdrawiam!
niedziela, 26 czerwca 2011
Po raz pierwszy.
To jest post, w którym okaże się, co można zrobić na Cyprze po raz pierwszy w życiu.
Na Cyprze można po raz pierwszy:
- prowadzić samochód zupełnie legalnie po nieodpowiedniej (lewej) stronie jezdni
- spotkać Niemca, który po angielsku mówi bez niemieckiego akcentu (poza "ze" zamiast "the")
- poprowadzić trening na tle morza (kurza stopa, że nie zrobiłem zdjęcia)
- zacząć konstruować zdania po polsku na modłę angielską (przed chwilą chciałem napisać "nie zdjąłem zdjęcia" i takie tam inne flowers)
- zrobić z cementu piękny sześcian a parę dni później go zmiażdżyć
- poznać Afrodytę
- zmieniać pasy jezdni nie stosując kierunkowskazu
- nauczyć się czytać po grecku
- i pewnie wiele innych fascynujących rzeczy, o których istnieniu nie śniło się nawet greckim filozofom.
Na Cyprze można po raz pierwszy:
- prowadzić samochód zupełnie legalnie po nieodpowiedniej (lewej) stronie jezdni
- spotkać Niemca, który po angielsku mówi bez niemieckiego akcentu (poza "ze" zamiast "the")
- poprowadzić trening na tle morza (kurza stopa, że nie zrobiłem zdjęcia)
- zacząć konstruować zdania po polsku na modłę angielską (przed chwilą chciałem napisać "nie zdjąłem zdjęcia" i takie tam inne flowers)
- zrobić z cementu piękny sześcian a parę dni później go zmiażdżyć
- poznać Afrodytę
- zmieniać pasy jezdni nie stosując kierunkowskazu
- nauczyć się czytać po grecku
- i pewnie wiele innych fascynujących rzeczy, o których istnieniu nie śniło się nawet greckim filozofom.
La dolce not siempre vita
Trochę się minęło czasu, gdyż zalatanym przeprowadzkami i innymi rzeczami był.
Więc, nie zaczyna się zdania od "więc", więc zacznę od "otóż".
Otóż, dobre czasy mieszkania w studiu Theodorosa Sourmelisa skończyły się. Skończył się darmowy wikt i opierunek, cokolwiek by miało to znaczyć. Skończyły się obiadki po pracy made by Pani Efgenia (którą błagam o wybaczenie, ale nie wiem jak poprawnie napisać imię jej), czyli mamy Theo. Skończyło się podwożenie w te i we wte raz przez Theo raz przez Pana Michalisa (tym razem chyba poprawnie - papa Theo). Znaleźliśmy mieszkanie w "przystępnej" jak na cypryjskie warunki cenie i w końcu zamieszkałem "na swoim".
A zatem, co można dostać na Cyprze za jedyne 350 euro?
- M1 o powierzchni jakichś 15m2 (nie licząc klateczki schodowieczkiej, która jest całkiem spora w stosunku do reszty mieszkanka)
- W ramach tych 15m2, znajdziemy także łazienkę z mikroskopijnym brodzikiem (biorę prysznic z rozsuniętą zasłonką, bo inaczej cała się do mnie klei w trakcie kąpieli)
- W ramach tych 15m2, znajdziemy również kuchnio-przedpokój, bez zlewu. Gary zmywam w, trzeba przyznać, bardzo dużym zlewie w łazience. Wyposażeniem kuchni jest kucheneczka gazowa z jednym palnikiem, lodówka bez zamrażarki (na Cyprze definitywnie taka rzecz jak zamrażarka jest czymś must have...), mikrofalówka i szafeczka na naczynia, bez drzwiczek.
- W ramach tych 15m2, znajdziemy również pokój, z łóżkiem wyposażonym w zapadający się pośrodku materac, duża szafa, mała szafka, TV Thompson 15'', dwa duże fotele, dwa krzesła, stolik do jedzenia, stolik nocny i ławka ozdobno-nieużyteczna. Czyli całkiem sporo jak na tak małą powierzchnię. W pokoiku tym znajdziemy również całkiem spory i dzięki temu całkiem wydajny i dzięki temu całkiem głośny wiatrak. Znajdziemy tam wiatrak, ale nie znajdziemy tam klimatyzacji. Bo klimatyzacji w cenie nie ma, ale za to zupełnie za darmo dostałem garść rad, jak za pomocą mokrego ręcznika, otwartego na oścież okna i drzwi i wiatraka, można skutecznie obniżyć temperaturę do znośnych 24 stopni. Gorzej, że w sierpniu, gdy temperatura wzrasta w skrajnych przypadkach do 45 stopni w cieniu, moje wysiłki mogą okazać się niewystarczające...

I to by było na tyle jeśli chodzi o wnętrze. Mało, nie? Pewnie tak, ale za te 350 euro dostałem coś więcej. Niesamowitą gościnę moich gospodarzy. Coś zupełnie nie do pomyślenia w Polsce, ale tu na Cyprze to norma. Mówią o nas, że jesteśmy gościnnym narodem. Ale przy Cypryjczykach, jesteśmy gościnni jak Izraelczycy przy Palestyńskim zamachowcu-samobójcy.
A zatem, co można dostać w ramach cypryjskiej gościnności, zupełnie free?
- Ciągłą pomoc i otwarte drzwi w każdym momencie.
- Dostęp do ich basenu, kiedy chcę, bez pytania, z czego wczoraj i dziś skwapliwie korzystam, pisząc te słowa po kąpieli, leżąc na leżaku przy basenie :)
- Zaproszenie na cotygodniowe Souflaki, czyli mięsiwo z rusztu, na którego przyjęcie mój żołądek przygotowuje się, burcząc wniebogłosy.
- Co chwilę pytanie, czy mam ochotę na frappe.
A na koniec, widoczek z okna. Mojego jedynego okna :)
Więc, nie zaczyna się zdania od "więc", więc zacznę od "otóż".
Otóż, dobre czasy mieszkania w studiu Theodorosa Sourmelisa skończyły się. Skończył się darmowy wikt i opierunek, cokolwiek by miało to znaczyć. Skończyły się obiadki po pracy made by Pani Efgenia (którą błagam o wybaczenie, ale nie wiem jak poprawnie napisać imię jej), czyli mamy Theo. Skończyło się podwożenie w te i we wte raz przez Theo raz przez Pana Michalisa (tym razem chyba poprawnie - papa Theo). Znaleźliśmy mieszkanie w "przystępnej" jak na cypryjskie warunki cenie i w końcu zamieszkałem "na swoim".
A zatem, co można dostać na Cyprze za jedyne 350 euro?
- M1 o powierzchni jakichś 15m2 (nie licząc klateczki schodowieczkiej, która jest całkiem spora w stosunku do reszty mieszkanka)
- W ramach tych 15m2, znajdziemy także łazienkę z mikroskopijnym brodzikiem (biorę prysznic z rozsuniętą zasłonką, bo inaczej cała się do mnie klei w trakcie kąpieli)
- W ramach tych 15m2, znajdziemy również kuchnio-przedpokój, bez zlewu. Gary zmywam w, trzeba przyznać, bardzo dużym zlewie w łazience. Wyposażeniem kuchni jest kucheneczka gazowa z jednym palnikiem, lodówka bez zamrażarki (na Cyprze definitywnie taka rzecz jak zamrażarka jest czymś must have...), mikrofalówka i szafeczka na naczynia, bez drzwiczek.
- W ramach tych 15m2, znajdziemy również pokój, z łóżkiem wyposażonym w zapadający się pośrodku materac, duża szafa, mała szafka, TV Thompson 15'', dwa duże fotele, dwa krzesła, stolik do jedzenia, stolik nocny i ławka ozdobno-nieużyteczna. Czyli całkiem sporo jak na tak małą powierzchnię. W pokoiku tym znajdziemy również całkiem spory i dzięki temu całkiem wydajny i dzięki temu całkiem głośny wiatrak. Znajdziemy tam wiatrak, ale nie znajdziemy tam klimatyzacji. Bo klimatyzacji w cenie nie ma, ale za to zupełnie za darmo dostałem garść rad, jak za pomocą mokrego ręcznika, otwartego na oścież okna i drzwi i wiatraka, można skutecznie obniżyć temperaturę do znośnych 24 stopni. Gorzej, że w sierpniu, gdy temperatura wzrasta w skrajnych przypadkach do 45 stopni w cieniu, moje wysiłki mogą okazać się niewystarczające...
I to by było na tyle jeśli chodzi o wnętrze. Mało, nie? Pewnie tak, ale za te 350 euro dostałem coś więcej. Niesamowitą gościnę moich gospodarzy. Coś zupełnie nie do pomyślenia w Polsce, ale tu na Cyprze to norma. Mówią o nas, że jesteśmy gościnnym narodem. Ale przy Cypryjczykach, jesteśmy gościnni jak Izraelczycy przy Palestyńskim zamachowcu-samobójcy.
A zatem, co można dostać w ramach cypryjskiej gościnności, zupełnie free?
- Ciągłą pomoc i otwarte drzwi w każdym momencie.
- Dostęp do ich basenu, kiedy chcę, bez pytania, z czego wczoraj i dziś skwapliwie korzystam, pisząc te słowa po kąpieli, leżąc na leżaku przy basenie :)
- Zaproszenie na cotygodniowe Souflaki, czyli mięsiwo z rusztu, na którego przyjęcie mój żołądek przygotowuje się, burcząc wniebogłosy.
- Co chwilę pytanie, czy mam ochotę na frappe.
A na koniec, widoczek z okna. Mojego jedynego okna :)
wtorek, 21 czerwca 2011
Varia
Nazbierało mi się przeróżnych obrazków parę, więc korzystając z wolnej chwili o 23:49 wieczorem, publikuję, co następuje:
Musicie drodzy słuchacze wiedzieć, iż w momencie tym ciągle poszukuję flatmate'a, bo samemu jednak ciężko jest tu coś znaleźć w rozsądnej cenie. Gospodarz mój dobry, Theodoros, dwoi się i troi, żebym znalazł czem prędzej swoje M jak Mieszkanie. Pewnie dlatego, że zajmuję jego "studio" jak tu nazywa się mikroskopijne, samodzielne mieszkanka umieszczone na ogół na tyłach czyjegoś domu.W związku z powyższym nawiązał on był wiele znajomości mających mi w tym pomóc. Tak właśnie było z niejaką pół-Szwedką, pół-Egipcjanką mieszkającą na Cyprze i mającą znajomego, który owym flatmate mógłby się stać. Mieliśmy się z nimi wszystkimi spotkać w klubie Guaba przy jednej z głównych ulic Limassoli jednocześnie tuż przy plaży (w zasadzie nad nią), ale dość daleko od naszego mojego tymczasowego miejsca zamieszkania. Miejsce podała SzwedoEgipcjanka, Theo znał to miejsce, ale niespecjalnie preferował. Po wejściu okazało się dlaczego.
Na około 200 metrach kwadratowych stłoczonych było kilkaset ludzi - głównie cypryjskiej, często nieletniej, bananowej młodzieży. Młodzież ta odbywała kopulacyjne tańce, w rytm plemiennej muzyki houseotechneo ibiza style. Mnie tam się nawet podobało, chociaż przyznam, że czułem się dość zgorszony (nie byłem nigdy na Ibizie :/). Poniżej zamieszczam zdjęcia, które zrobiłem gdy czekaliśmy na SzwedoEgipcjankę. SzwedoEgipcjanka nigdy nie przyszła...
And now for something completely different...
Number 5, the large.... watermelon. Ze skalą porównawczą.
Po nieudanym randez vous z nad wyraz nieodpowiedzialną mieszanką skandynawsko-arabską, zajechaliśmy po znajomych Theo i udaliśmy się do kolejnej skromnej "kawiarenki".
Tym razem przy stole pojawili się przedstawiciele następujących krajów: Liban, Francja, Grecja, Bośnia i Hercegowina, Jordania, Meksyk, Polska, Wielka Brytania, Cypr i pewnie jeszcze paru, z którymi jednak nie udało mi się zamienić zwyczajowego "where are you from, my friend?". Przy okazji okazało się skąd oni się biorą, otóż Theo uczestniczy w programie wymiany studentów, którzy dzięki niemu mogą pojechać do innych krajów na staż. Więc siedzą sobie np, na Cyprze, przez trzy miesiące, pracują sobie i mają kupę fajnych wspomnień. Polecam - jak tylko zapytam znowu o nazwę tego programu to tu dam to.
A tymczasem borem lasem.
Kalinichta!
Musicie drodzy słuchacze wiedzieć, iż w momencie tym ciągle poszukuję flatmate'a, bo samemu jednak ciężko jest tu coś znaleźć w rozsądnej cenie. Gospodarz mój dobry, Theodoros, dwoi się i troi, żebym znalazł czem prędzej swoje M jak Mieszkanie. Pewnie dlatego, że zajmuję jego "studio" jak tu nazywa się mikroskopijne, samodzielne mieszkanka umieszczone na ogół na tyłach czyjegoś domu.W związku z powyższym nawiązał on był wiele znajomości mających mi w tym pomóc. Tak właśnie było z niejaką pół-Szwedką, pół-Egipcjanką mieszkającą na Cyprze i mającą znajomego, który owym flatmate mógłby się stać. Mieliśmy się z nimi wszystkimi spotkać w klubie Guaba przy jednej z głównych ulic Limassoli jednocześnie tuż przy plaży (w zasadzie nad nią), ale dość daleko od naszego mojego tymczasowego miejsca zamieszkania. Miejsce podała SzwedoEgipcjanka, Theo znał to miejsce, ale niespecjalnie preferował. Po wejściu okazało się dlaczego.
Na około 200 metrach kwadratowych stłoczonych było kilkaset ludzi - głównie cypryjskiej, często nieletniej, bananowej młodzieży. Młodzież ta odbywała kopulacyjne tańce, w rytm plemiennej muzyki houseotechneo ibiza style. Mnie tam się nawet podobało, chociaż przyznam, że czułem się dość zgorszony (nie byłem nigdy na Ibizie :/). Poniżej zamieszczam zdjęcia, które zrobiłem gdy czekaliśmy na SzwedoEgipcjankę. SzwedoEgipcjanka nigdy nie przyszła...
And now for something completely different...
Number 5, the large.... watermelon. Ze skalą porównawczą.
Po nieudanym randez vous z nad wyraz nieodpowiedzialną mieszanką skandynawsko-arabską, zajechaliśmy po znajomych Theo i udaliśmy się do kolejnej skromnej "kawiarenki".
Tym razem przy stole pojawili się przedstawiciele następujących krajów: Liban, Francja, Grecja, Bośnia i Hercegowina, Jordania, Meksyk, Polska, Wielka Brytania, Cypr i pewnie jeszcze paru, z którymi jednak nie udało mi się zamienić zwyczajowego "where are you from, my friend?". Przy okazji okazało się skąd oni się biorą, otóż Theo uczestniczy w programie wymiany studentów, którzy dzięki niemu mogą pojechać do innych krajów na staż. Więc siedzą sobie np, na Cyprze, przez trzy miesiące, pracują sobie i mają kupę fajnych wspomnień. Polecam - jak tylko zapytam znowu o nazwę tego programu to tu dam to.
A tymczasem borem lasem.
Kalinichta!
niedziela, 19 czerwca 2011
Natural born tourist = naturist
W poprzednim poście było coś o poruszaniu się po mieście. Wracając do tematu, chciałem poruszyć jedną ciekawą kwestię, która mnie zawsze fascynowała. Mianowicie, jak z totalnego zagubienia w nowym miejscu, przechodzi się do jego absolutnego oswojenia. Na początku nowe miasto przeraża nieznajomą siatką ulic. Każda z nich wydaje się być kopią poprzedniej. Nie zauważa się charakterystycznych znaków odróżniających jedną od drugiej. Przy kolejnym odwiedzeniu tego miejsca, zaczynasz dostrzegać niuanse. Rozpoznajesz mijane wcześniej sklepy, potrafisz wrócić tą samą drogą, którą przyszedłeś. Miałem już okazję kilka razy tego doświadczyć. Czy to w Łodzi, przeprowadzając się z jednej dzielnicy do drugiej, czy po przeniesieniu się do Warszawy. Ba, nawet w GTA4 zacząłem po pewnym czasie poruszać się bez GPSa, bo po pewnym czasie topografię Liberty City znałem już na pamięć.
Dzięki temu, że w piątek Theodoros wyjechał był na jakieś seminarium dotyczące przedsiębiorczości młodych finansowane przez Unię (w Polsce nikt by nawet na to nie prychnął, a Theo pojechał aż do Paphos, może dlatego, że Unia finansuje również pobyt i wyżywienie, ergo szykuje się niezła impreza), miałem szansę być trochę bardziej samodzielny. Przedsięwziąłem więc ekspedycję pieszą a następnego dnia rowerową (druga, mimo że zwiedziłem dużo więcej, była dużo mniej przyjemna).
Grecy Cypryjscy zdecydowanie nie przepadają za Turkami. Dlaczego, to albo wszyscy powinni wiedzieć, albo opiszę to innym razem. Niemniej jednak meczety po Turkach pozostały. Nie wiem czy ktoś do nich chodzi, bo wielu Turków w Limassol nie widziałem. Nawet w barach o swojskiej nazwie „Kebab”.
W Limassol nie widziałem jeszcze zbyt wielu zabytków. Ale przypadkiem natknąłem się na chyba największy z nich. Zamek w Limassol. Niestety, był zamknięty do zwiedzania – ale za to tuż pod stopami odbywały się jakieś wykopaliska, którym kibicować można było z położonych wokół zamku restauracji.
Molos w Limassol. A w zasadzie dopiero jego początek, bo ciągnie się kilomterami wzdłuż plaż i molo. Tu toczy się większość wieczornego życia tubylców i tambylców. A propos, głównymi tambylcami w Limassol, są Rosjanie, których jest tu na tyle dużo, że miasto to inni Cypryjczycy nazywają „rosyjskim miastem”. Pełno jest sklepów o nazwach zapisanych cyrylicą. BTW, wszyscy Cypryjczycy uważają, że skoro jestem Polakiem, to powinienem znać rosyjski, bo „przecież Rosjanie zmuszali was do nauki rosyjskiego, nie?”.
Morze, ujęcie drugie - zza krzaka (po polsku "z partyzanta").
To tyle na dziś. Kalinichta!
No country for pedestrians
Pieszy w mieście Limassol to biały kruk, święty Graal, czterolistna koniczynka, stół z powyłamywanymi nogami, chrząszcz w Szczebrzeszynie… Pieszy jest jak Pacanów, ciężko go znaleźć, a to dlatego, że w Limassol każdy potencjalny pieszy z dowolnego punktu A do punktu B porusza się samochodem, nawet jeśli odległość między nimi wynosi 50 metrów. Zapewne to dlatego, że w samochodach jest klimatyzacja a na chodniku nie. W związku z powszechnym użyciem samochodu, ów nieistniejący pieszy zepchnięty został na margines, a w zasadzie na pobocze. Chodniki mają szerokość średnio 40 cm, o ile coś właśnie na nich nie stoi. A stoi prawie zawsze i wszędzie, ponieważ przy głównych ulicach parkuje się gdzie popadnie a inne ulice są na tyle wąskie, że ciężko się minąć bez obrysowania (co ciekawe dotyczy to również rowerzystów - wrogów nr 1 dla każdego kierowcy). Ciekawe są również skrzyżowania. Jedynie na większych występuje coś co można nazwać przejściem dla pieszych, natomiast ani razu nie spotkałem się ze światłami dla nich przeznaczonymi. Ów nieszczęśnik, który zamierza przeciąć pas jezdni, czyli po prostu przejść na drugą stronę drogi, musi zgadywać czy samochody jadące w tę samą stronę co on, mają już zielone światło czy jednak jeszcze nie. Jeśli właśnie ruszyły, znaczy to, że pieszy może przejść. O ile nie przejedzie go jakiś skręcający W LEWO samochód. No tak, zapomniałem dodać, że wszystko jest przewrócone na lewą stronę przez kolonialnych Anglików. Tylko jakimś cudem posługują się tu francuskimi metrami…
Generalnie, jeżdżenie samochodem po Limassol to survival. Decyduje prawo silniejszego i bardziej trąbiącego. Prawo drogowe pewnie jakieś jest ale nie zauważyłem, żeby ktoś się do niego stosował. Przykładem niech będzie kierunkowskaz. Tylko nieliczni (głównie Brytyjczycy) przejmują się istnieniem dźwigni kierunkowskazu w ich samochodach. Dla reszty jest ona tylko nieprzydatnym gadżetem, jak światła przeciwmgielne (podobno mgła widziana była kiedyś w górach, ale to legenda). Zamiar wykonania manewru skrętu, zawrócenia czy zmiany pasa ruchu, sygnalizuje się tu wciśnięciem nosa samochodu w odpowiednią przerwę między innymi samochodami. Oczywiście, w zamian zostaniemy poczęstowani garścią klaksonów i cypryjskich wyzwisk, ale innej możliwości nie ma.
Chyba kupię sobie czołg.
Bo fundament to podstawa
Pierwszy dzień w nowym miejscu zawsze jest wyzwaniem. Pierwszy dzień na Cyprze jakoś przeżyłem, nie spodziewałem się więc żadnych większych trudności z pierwszym dniem w pracy.
To był piątek.
Pobudka o 6:30. Cypryjczycy na ogół pracują (i uczą się) od siódmej, w pół do ósmej rano. Przez osiem godzin, jak wszystkie normalne nacje, poza Francuzami. Wstając tak wcześnie, unikają upału i dzięki temu mogą wyjść wcześniej z pracy i oddać się popołudniowej drzemce. O siódmej byłem już w laboratorium Mr. Sourmelisa, które może nie jest szczytem zaawansowanych technologii, ale za to spełnia swoje funkcje. Czyli bada gleby, cementy, kamienie - wszystko to co możemy znaleźć na placach budowy, a co może przyczynić się do zawalenia budynku, jeśli będzie niewłaściwe.
Mym pierwszym, a jak się okazało później, jednocześnie przedostatnim zadaniem tego dnia, było pobranie próbek cementu z betoniarki i wykonanie z nich kubików - takich małych cementowych cegiełek. Ponieważ nie jest to zadanie na hop-siup, przez półtorej godziny przypatrywałem się mojemu tutorowi Chrisowi (pełne imię Christianopolous, czy jakoś tak), a ostatnią próbkę przygotowałem już prawie sam.
Po powrocie do laboratorium, udało mi się zjeść śniadanie, poznać się z resztą biura (trzy osoby) i... zanudzić na śmierć. Bowiem, jedynym zadaniem na resztę dnia było oglądanie tego co robią inni, żeby w przyszłości samemu mierzyć plastyczność piasku i twardość cementu. Bosko :)
To się nazywa cypryjska maniana.
A to Chris w trakcie porannej pracy.
To był piątek.
Pobudka o 6:30. Cypryjczycy na ogół pracują (i uczą się) od siódmej, w pół do ósmej rano. Przez osiem godzin, jak wszystkie normalne nacje, poza Francuzami. Wstając tak wcześnie, unikają upału i dzięki temu mogą wyjść wcześniej z pracy i oddać się popołudniowej drzemce. O siódmej byłem już w laboratorium Mr. Sourmelisa, które może nie jest szczytem zaawansowanych technologii, ale za to spełnia swoje funkcje. Czyli bada gleby, cementy, kamienie - wszystko to co możemy znaleźć na placach budowy, a co może przyczynić się do zawalenia budynku, jeśli będzie niewłaściwe.
Mym pierwszym, a jak się okazało później, jednocześnie przedostatnim zadaniem tego dnia, było pobranie próbek cementu z betoniarki i wykonanie z nich kubików - takich małych cementowych cegiełek. Ponieważ nie jest to zadanie na hop-siup, przez półtorej godziny przypatrywałem się mojemu tutorowi Chrisowi (pełne imię Christianopolous, czy jakoś tak), a ostatnią próbkę przygotowałem już prawie sam.
Po powrocie do laboratorium, udało mi się zjeść śniadanie, poznać się z resztą biura (trzy osoby) i... zanudzić na śmierć. Bowiem, jedynym zadaniem na resztę dnia było oglądanie tego co robią inni, żeby w przyszłości samemu mierzyć plastyczność piasku i twardość cementu. Bosko :)
To się nazywa cypryjska maniana.
A to Chris w trakcie porannej pracy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




