To jest post, w którym okaże się, co można zrobić na Cyprze po raz pierwszy w życiu.
Na Cyprze można po raz pierwszy:
- prowadzić samochód zupełnie legalnie po nieodpowiedniej (lewej) stronie jezdni
- spotkać Niemca, który po angielsku mówi bez niemieckiego akcentu (poza "ze" zamiast "the")
- poprowadzić trening na tle morza (kurza stopa, że nie zrobiłem zdjęcia)
- zacząć konstruować zdania po polsku na modłę angielską (przed chwilą chciałem napisać "nie zdjąłem zdjęcia" i takie tam inne flowers)
- zrobić z cementu piękny sześcian a parę dni później go zmiażdżyć
- poznać Afrodytę
- zmieniać pasy jezdni nie stosując kierunkowskazu
- nauczyć się czytać po grecku
- i pewnie wiele innych fascynujących rzeczy, o których istnieniu nie śniło się nawet greckim filozofom.
niedziela, 26 czerwca 2011
La dolce not siempre vita
Trochę się minęło czasu, gdyż zalatanym przeprowadzkami i innymi rzeczami był.
Więc, nie zaczyna się zdania od "więc", więc zacznę od "otóż".
Otóż, dobre czasy mieszkania w studiu Theodorosa Sourmelisa skończyły się. Skończył się darmowy wikt i opierunek, cokolwiek by miało to znaczyć. Skończyły się obiadki po pracy made by Pani Efgenia (którą błagam o wybaczenie, ale nie wiem jak poprawnie napisać imię jej), czyli mamy Theo. Skończyło się podwożenie w te i we wte raz przez Theo raz przez Pana Michalisa (tym razem chyba poprawnie - papa Theo). Znaleźliśmy mieszkanie w "przystępnej" jak na cypryjskie warunki cenie i w końcu zamieszkałem "na swoim".
A zatem, co można dostać na Cyprze za jedyne 350 euro?
- M1 o powierzchni jakichś 15m2 (nie licząc klateczki schodowieczkiej, która jest całkiem spora w stosunku do reszty mieszkanka)
- W ramach tych 15m2, znajdziemy także łazienkę z mikroskopijnym brodzikiem (biorę prysznic z rozsuniętą zasłonką, bo inaczej cała się do mnie klei w trakcie kąpieli)
- W ramach tych 15m2, znajdziemy również kuchnio-przedpokój, bez zlewu. Gary zmywam w, trzeba przyznać, bardzo dużym zlewie w łazience. Wyposażeniem kuchni jest kucheneczka gazowa z jednym palnikiem, lodówka bez zamrażarki (na Cyprze definitywnie taka rzecz jak zamrażarka jest czymś must have...), mikrofalówka i szafeczka na naczynia, bez drzwiczek.
- W ramach tych 15m2, znajdziemy również pokój, z łóżkiem wyposażonym w zapadający się pośrodku materac, duża szafa, mała szafka, TV Thompson 15'', dwa duże fotele, dwa krzesła, stolik do jedzenia, stolik nocny i ławka ozdobno-nieużyteczna. Czyli całkiem sporo jak na tak małą powierzchnię. W pokoiku tym znajdziemy również całkiem spory i dzięki temu całkiem wydajny i dzięki temu całkiem głośny wiatrak. Znajdziemy tam wiatrak, ale nie znajdziemy tam klimatyzacji. Bo klimatyzacji w cenie nie ma, ale za to zupełnie za darmo dostałem garść rad, jak za pomocą mokrego ręcznika, otwartego na oścież okna i drzwi i wiatraka, można skutecznie obniżyć temperaturę do znośnych 24 stopni. Gorzej, że w sierpniu, gdy temperatura wzrasta w skrajnych przypadkach do 45 stopni w cieniu, moje wysiłki mogą okazać się niewystarczające...

I to by było na tyle jeśli chodzi o wnętrze. Mało, nie? Pewnie tak, ale za te 350 euro dostałem coś więcej. Niesamowitą gościnę moich gospodarzy. Coś zupełnie nie do pomyślenia w Polsce, ale tu na Cyprze to norma. Mówią o nas, że jesteśmy gościnnym narodem. Ale przy Cypryjczykach, jesteśmy gościnni jak Izraelczycy przy Palestyńskim zamachowcu-samobójcy.
A zatem, co można dostać w ramach cypryjskiej gościnności, zupełnie free?
- Ciągłą pomoc i otwarte drzwi w każdym momencie.
- Dostęp do ich basenu, kiedy chcę, bez pytania, z czego wczoraj i dziś skwapliwie korzystam, pisząc te słowa po kąpieli, leżąc na leżaku przy basenie :)
- Zaproszenie na cotygodniowe Souflaki, czyli mięsiwo z rusztu, na którego przyjęcie mój żołądek przygotowuje się, burcząc wniebogłosy.
- Co chwilę pytanie, czy mam ochotę na frappe.
A na koniec, widoczek z okna. Mojego jedynego okna :)
Więc, nie zaczyna się zdania od "więc", więc zacznę od "otóż".
Otóż, dobre czasy mieszkania w studiu Theodorosa Sourmelisa skończyły się. Skończył się darmowy wikt i opierunek, cokolwiek by miało to znaczyć. Skończyły się obiadki po pracy made by Pani Efgenia (którą błagam o wybaczenie, ale nie wiem jak poprawnie napisać imię jej), czyli mamy Theo. Skończyło się podwożenie w te i we wte raz przez Theo raz przez Pana Michalisa (tym razem chyba poprawnie - papa Theo). Znaleźliśmy mieszkanie w "przystępnej" jak na cypryjskie warunki cenie i w końcu zamieszkałem "na swoim".
A zatem, co można dostać na Cyprze za jedyne 350 euro?
- M1 o powierzchni jakichś 15m2 (nie licząc klateczki schodowieczkiej, która jest całkiem spora w stosunku do reszty mieszkanka)
- W ramach tych 15m2, znajdziemy także łazienkę z mikroskopijnym brodzikiem (biorę prysznic z rozsuniętą zasłonką, bo inaczej cała się do mnie klei w trakcie kąpieli)
- W ramach tych 15m2, znajdziemy również kuchnio-przedpokój, bez zlewu. Gary zmywam w, trzeba przyznać, bardzo dużym zlewie w łazience. Wyposażeniem kuchni jest kucheneczka gazowa z jednym palnikiem, lodówka bez zamrażarki (na Cyprze definitywnie taka rzecz jak zamrażarka jest czymś must have...), mikrofalówka i szafeczka na naczynia, bez drzwiczek.
- W ramach tych 15m2, znajdziemy również pokój, z łóżkiem wyposażonym w zapadający się pośrodku materac, duża szafa, mała szafka, TV Thompson 15'', dwa duże fotele, dwa krzesła, stolik do jedzenia, stolik nocny i ławka ozdobno-nieużyteczna. Czyli całkiem sporo jak na tak małą powierzchnię. W pokoiku tym znajdziemy również całkiem spory i dzięki temu całkiem wydajny i dzięki temu całkiem głośny wiatrak. Znajdziemy tam wiatrak, ale nie znajdziemy tam klimatyzacji. Bo klimatyzacji w cenie nie ma, ale za to zupełnie za darmo dostałem garść rad, jak za pomocą mokrego ręcznika, otwartego na oścież okna i drzwi i wiatraka, można skutecznie obniżyć temperaturę do znośnych 24 stopni. Gorzej, że w sierpniu, gdy temperatura wzrasta w skrajnych przypadkach do 45 stopni w cieniu, moje wysiłki mogą okazać się niewystarczające...
I to by było na tyle jeśli chodzi o wnętrze. Mało, nie? Pewnie tak, ale za te 350 euro dostałem coś więcej. Niesamowitą gościnę moich gospodarzy. Coś zupełnie nie do pomyślenia w Polsce, ale tu na Cyprze to norma. Mówią o nas, że jesteśmy gościnnym narodem. Ale przy Cypryjczykach, jesteśmy gościnni jak Izraelczycy przy Palestyńskim zamachowcu-samobójcy.
A zatem, co można dostać w ramach cypryjskiej gościnności, zupełnie free?
- Ciągłą pomoc i otwarte drzwi w każdym momencie.
- Dostęp do ich basenu, kiedy chcę, bez pytania, z czego wczoraj i dziś skwapliwie korzystam, pisząc te słowa po kąpieli, leżąc na leżaku przy basenie :)
- Zaproszenie na cotygodniowe Souflaki, czyli mięsiwo z rusztu, na którego przyjęcie mój żołądek przygotowuje się, burcząc wniebogłosy.
- Co chwilę pytanie, czy mam ochotę na frappe.
A na koniec, widoczek z okna. Mojego jedynego okna :)
wtorek, 21 czerwca 2011
Varia
Nazbierało mi się przeróżnych obrazków parę, więc korzystając z wolnej chwili o 23:49 wieczorem, publikuję, co następuje:
Musicie drodzy słuchacze wiedzieć, iż w momencie tym ciągle poszukuję flatmate'a, bo samemu jednak ciężko jest tu coś znaleźć w rozsądnej cenie. Gospodarz mój dobry, Theodoros, dwoi się i troi, żebym znalazł czem prędzej swoje M jak Mieszkanie. Pewnie dlatego, że zajmuję jego "studio" jak tu nazywa się mikroskopijne, samodzielne mieszkanka umieszczone na ogół na tyłach czyjegoś domu.W związku z powyższym nawiązał on był wiele znajomości mających mi w tym pomóc. Tak właśnie było z niejaką pół-Szwedką, pół-Egipcjanką mieszkającą na Cyprze i mającą znajomego, który owym flatmate mógłby się stać. Mieliśmy się z nimi wszystkimi spotkać w klubie Guaba przy jednej z głównych ulic Limassoli jednocześnie tuż przy plaży (w zasadzie nad nią), ale dość daleko od naszego mojego tymczasowego miejsca zamieszkania. Miejsce podała SzwedoEgipcjanka, Theo znał to miejsce, ale niespecjalnie preferował. Po wejściu okazało się dlaczego.
Na około 200 metrach kwadratowych stłoczonych było kilkaset ludzi - głównie cypryjskiej, często nieletniej, bananowej młodzieży. Młodzież ta odbywała kopulacyjne tańce, w rytm plemiennej muzyki houseotechneo ibiza style. Mnie tam się nawet podobało, chociaż przyznam, że czułem się dość zgorszony (nie byłem nigdy na Ibizie :/). Poniżej zamieszczam zdjęcia, które zrobiłem gdy czekaliśmy na SzwedoEgipcjankę. SzwedoEgipcjanka nigdy nie przyszła...
And now for something completely different...
Number 5, the large.... watermelon. Ze skalą porównawczą.
Po nieudanym randez vous z nad wyraz nieodpowiedzialną mieszanką skandynawsko-arabską, zajechaliśmy po znajomych Theo i udaliśmy się do kolejnej skromnej "kawiarenki".
Tym razem przy stole pojawili się przedstawiciele następujących krajów: Liban, Francja, Grecja, Bośnia i Hercegowina, Jordania, Meksyk, Polska, Wielka Brytania, Cypr i pewnie jeszcze paru, z którymi jednak nie udało mi się zamienić zwyczajowego "where are you from, my friend?". Przy okazji okazało się skąd oni się biorą, otóż Theo uczestniczy w programie wymiany studentów, którzy dzięki niemu mogą pojechać do innych krajów na staż. Więc siedzą sobie np, na Cyprze, przez trzy miesiące, pracują sobie i mają kupę fajnych wspomnień. Polecam - jak tylko zapytam znowu o nazwę tego programu to tu dam to.
A tymczasem borem lasem.
Kalinichta!
Musicie drodzy słuchacze wiedzieć, iż w momencie tym ciągle poszukuję flatmate'a, bo samemu jednak ciężko jest tu coś znaleźć w rozsądnej cenie. Gospodarz mój dobry, Theodoros, dwoi się i troi, żebym znalazł czem prędzej swoje M jak Mieszkanie. Pewnie dlatego, że zajmuję jego "studio" jak tu nazywa się mikroskopijne, samodzielne mieszkanka umieszczone na ogół na tyłach czyjegoś domu.W związku z powyższym nawiązał on był wiele znajomości mających mi w tym pomóc. Tak właśnie było z niejaką pół-Szwedką, pół-Egipcjanką mieszkającą na Cyprze i mającą znajomego, który owym flatmate mógłby się stać. Mieliśmy się z nimi wszystkimi spotkać w klubie Guaba przy jednej z głównych ulic Limassoli jednocześnie tuż przy plaży (w zasadzie nad nią), ale dość daleko od naszego mojego tymczasowego miejsca zamieszkania. Miejsce podała SzwedoEgipcjanka, Theo znał to miejsce, ale niespecjalnie preferował. Po wejściu okazało się dlaczego.
Na około 200 metrach kwadratowych stłoczonych było kilkaset ludzi - głównie cypryjskiej, często nieletniej, bananowej młodzieży. Młodzież ta odbywała kopulacyjne tańce, w rytm plemiennej muzyki houseotechneo ibiza style. Mnie tam się nawet podobało, chociaż przyznam, że czułem się dość zgorszony (nie byłem nigdy na Ibizie :/). Poniżej zamieszczam zdjęcia, które zrobiłem gdy czekaliśmy na SzwedoEgipcjankę. SzwedoEgipcjanka nigdy nie przyszła...
And now for something completely different...
Number 5, the large.... watermelon. Ze skalą porównawczą.
Po nieudanym randez vous z nad wyraz nieodpowiedzialną mieszanką skandynawsko-arabską, zajechaliśmy po znajomych Theo i udaliśmy się do kolejnej skromnej "kawiarenki".
Tym razem przy stole pojawili się przedstawiciele następujących krajów: Liban, Francja, Grecja, Bośnia i Hercegowina, Jordania, Meksyk, Polska, Wielka Brytania, Cypr i pewnie jeszcze paru, z którymi jednak nie udało mi się zamienić zwyczajowego "where are you from, my friend?". Przy okazji okazało się skąd oni się biorą, otóż Theo uczestniczy w programie wymiany studentów, którzy dzięki niemu mogą pojechać do innych krajów na staż. Więc siedzą sobie np, na Cyprze, przez trzy miesiące, pracują sobie i mają kupę fajnych wspomnień. Polecam - jak tylko zapytam znowu o nazwę tego programu to tu dam to.
A tymczasem borem lasem.
Kalinichta!
niedziela, 19 czerwca 2011
Natural born tourist = naturist
W poprzednim poście było coś o poruszaniu się po mieście. Wracając do tematu, chciałem poruszyć jedną ciekawą kwestię, która mnie zawsze fascynowała. Mianowicie, jak z totalnego zagubienia w nowym miejscu, przechodzi się do jego absolutnego oswojenia. Na początku nowe miasto przeraża nieznajomą siatką ulic. Każda z nich wydaje się być kopią poprzedniej. Nie zauważa się charakterystycznych znaków odróżniających jedną od drugiej. Przy kolejnym odwiedzeniu tego miejsca, zaczynasz dostrzegać niuanse. Rozpoznajesz mijane wcześniej sklepy, potrafisz wrócić tą samą drogą, którą przyszedłeś. Miałem już okazję kilka razy tego doświadczyć. Czy to w Łodzi, przeprowadzając się z jednej dzielnicy do drugiej, czy po przeniesieniu się do Warszawy. Ba, nawet w GTA4 zacząłem po pewnym czasie poruszać się bez GPSa, bo po pewnym czasie topografię Liberty City znałem już na pamięć.
Dzięki temu, że w piątek Theodoros wyjechał był na jakieś seminarium dotyczące przedsiębiorczości młodych finansowane przez Unię (w Polsce nikt by nawet na to nie prychnął, a Theo pojechał aż do Paphos, może dlatego, że Unia finansuje również pobyt i wyżywienie, ergo szykuje się niezła impreza), miałem szansę być trochę bardziej samodzielny. Przedsięwziąłem więc ekspedycję pieszą a następnego dnia rowerową (druga, mimo że zwiedziłem dużo więcej, była dużo mniej przyjemna).
Grecy Cypryjscy zdecydowanie nie przepadają za Turkami. Dlaczego, to albo wszyscy powinni wiedzieć, albo opiszę to innym razem. Niemniej jednak meczety po Turkach pozostały. Nie wiem czy ktoś do nich chodzi, bo wielu Turków w Limassol nie widziałem. Nawet w barach o swojskiej nazwie „Kebab”.
W Limassol nie widziałem jeszcze zbyt wielu zabytków. Ale przypadkiem natknąłem się na chyba największy z nich. Zamek w Limassol. Niestety, był zamknięty do zwiedzania – ale za to tuż pod stopami odbywały się jakieś wykopaliska, którym kibicować można było z położonych wokół zamku restauracji.
Molos w Limassol. A w zasadzie dopiero jego początek, bo ciągnie się kilomterami wzdłuż plaż i molo. Tu toczy się większość wieczornego życia tubylców i tambylców. A propos, głównymi tambylcami w Limassol, są Rosjanie, których jest tu na tyle dużo, że miasto to inni Cypryjczycy nazywają „rosyjskim miastem”. Pełno jest sklepów o nazwach zapisanych cyrylicą. BTW, wszyscy Cypryjczycy uważają, że skoro jestem Polakiem, to powinienem znać rosyjski, bo „przecież Rosjanie zmuszali was do nauki rosyjskiego, nie?”.
Morze, ujęcie drugie - zza krzaka (po polsku "z partyzanta").
To tyle na dziś. Kalinichta!
No country for pedestrians
Pieszy w mieście Limassol to biały kruk, święty Graal, czterolistna koniczynka, stół z powyłamywanymi nogami, chrząszcz w Szczebrzeszynie… Pieszy jest jak Pacanów, ciężko go znaleźć, a to dlatego, że w Limassol każdy potencjalny pieszy z dowolnego punktu A do punktu B porusza się samochodem, nawet jeśli odległość między nimi wynosi 50 metrów. Zapewne to dlatego, że w samochodach jest klimatyzacja a na chodniku nie. W związku z powszechnym użyciem samochodu, ów nieistniejący pieszy zepchnięty został na margines, a w zasadzie na pobocze. Chodniki mają szerokość średnio 40 cm, o ile coś właśnie na nich nie stoi. A stoi prawie zawsze i wszędzie, ponieważ przy głównych ulicach parkuje się gdzie popadnie a inne ulice są na tyle wąskie, że ciężko się minąć bez obrysowania (co ciekawe dotyczy to również rowerzystów - wrogów nr 1 dla każdego kierowcy). Ciekawe są również skrzyżowania. Jedynie na większych występuje coś co można nazwać przejściem dla pieszych, natomiast ani razu nie spotkałem się ze światłami dla nich przeznaczonymi. Ów nieszczęśnik, który zamierza przeciąć pas jezdni, czyli po prostu przejść na drugą stronę drogi, musi zgadywać czy samochody jadące w tę samą stronę co on, mają już zielone światło czy jednak jeszcze nie. Jeśli właśnie ruszyły, znaczy to, że pieszy może przejść. O ile nie przejedzie go jakiś skręcający W LEWO samochód. No tak, zapomniałem dodać, że wszystko jest przewrócone na lewą stronę przez kolonialnych Anglików. Tylko jakimś cudem posługują się tu francuskimi metrami…
Generalnie, jeżdżenie samochodem po Limassol to survival. Decyduje prawo silniejszego i bardziej trąbiącego. Prawo drogowe pewnie jakieś jest ale nie zauważyłem, żeby ktoś się do niego stosował. Przykładem niech będzie kierunkowskaz. Tylko nieliczni (głównie Brytyjczycy) przejmują się istnieniem dźwigni kierunkowskazu w ich samochodach. Dla reszty jest ona tylko nieprzydatnym gadżetem, jak światła przeciwmgielne (podobno mgła widziana była kiedyś w górach, ale to legenda). Zamiar wykonania manewru skrętu, zawrócenia czy zmiany pasa ruchu, sygnalizuje się tu wciśnięciem nosa samochodu w odpowiednią przerwę między innymi samochodami. Oczywiście, w zamian zostaniemy poczęstowani garścią klaksonów i cypryjskich wyzwisk, ale innej możliwości nie ma.
Chyba kupię sobie czołg.
Bo fundament to podstawa
Pierwszy dzień w nowym miejscu zawsze jest wyzwaniem. Pierwszy dzień na Cyprze jakoś przeżyłem, nie spodziewałem się więc żadnych większych trudności z pierwszym dniem w pracy.
To był piątek.
Pobudka o 6:30. Cypryjczycy na ogół pracują (i uczą się) od siódmej, w pół do ósmej rano. Przez osiem godzin, jak wszystkie normalne nacje, poza Francuzami. Wstając tak wcześnie, unikają upału i dzięki temu mogą wyjść wcześniej z pracy i oddać się popołudniowej drzemce. O siódmej byłem już w laboratorium Mr. Sourmelisa, które może nie jest szczytem zaawansowanych technologii, ale za to spełnia swoje funkcje. Czyli bada gleby, cementy, kamienie - wszystko to co możemy znaleźć na placach budowy, a co może przyczynić się do zawalenia budynku, jeśli będzie niewłaściwe.
Mym pierwszym, a jak się okazało później, jednocześnie przedostatnim zadaniem tego dnia, było pobranie próbek cementu z betoniarki i wykonanie z nich kubików - takich małych cementowych cegiełek. Ponieważ nie jest to zadanie na hop-siup, przez półtorej godziny przypatrywałem się mojemu tutorowi Chrisowi (pełne imię Christianopolous, czy jakoś tak), a ostatnią próbkę przygotowałem już prawie sam.
Po powrocie do laboratorium, udało mi się zjeść śniadanie, poznać się z resztą biura (trzy osoby) i... zanudzić na śmierć. Bowiem, jedynym zadaniem na resztę dnia było oglądanie tego co robią inni, żeby w przyszłości samemu mierzyć plastyczność piasku i twardość cementu. Bosko :)
To się nazywa cypryjska maniana.
A to Chris w trakcie porannej pracy.
To był piątek.
Pobudka o 6:30. Cypryjczycy na ogół pracują (i uczą się) od siódmej, w pół do ósmej rano. Przez osiem godzin, jak wszystkie normalne nacje, poza Francuzami. Wstając tak wcześnie, unikają upału i dzięki temu mogą wyjść wcześniej z pracy i oddać się popołudniowej drzemce. O siódmej byłem już w laboratorium Mr. Sourmelisa, które może nie jest szczytem zaawansowanych technologii, ale za to spełnia swoje funkcje. Czyli bada gleby, cementy, kamienie - wszystko to co możemy znaleźć na placach budowy, a co może przyczynić się do zawalenia budynku, jeśli będzie niewłaściwe.
Mym pierwszym, a jak się okazało później, jednocześnie przedostatnim zadaniem tego dnia, było pobranie próbek cementu z betoniarki i wykonanie z nich kubików - takich małych cementowych cegiełek. Ponieważ nie jest to zadanie na hop-siup, przez półtorej godziny przypatrywałem się mojemu tutorowi Chrisowi (pełne imię Christianopolous, czy jakoś tak), a ostatnią próbkę przygotowałem już prawie sam.
Po powrocie do laboratorium, udało mi się zjeść śniadanie, poznać się z resztą biura (trzy osoby) i... zanudzić na śmierć. Bowiem, jedynym zadaniem na resztę dnia było oglądanie tego co robią inni, żeby w przyszłości samemu mierzyć plastyczność piasku i twardość cementu. Bosko :)
To się nazywa cypryjska maniana.
A to Chris w trakcie porannej pracy.
piątek, 17 czerwca 2011
L'Auberge Chypriotes
Pewnego wieczora, w pewnej miejscowości, przy pewnym stole, nad pewnym morzem spotkało się parę osób, z pewnych krajów:
Polska, Cypr, Rosja, Meksyk, Republika Południowej Afryki, Jordania
I jakoś się wszyscy dogadali.
ONZ, uczcie się od nas.
Polska, Cypr, Rosja, Meksyk, Republika Południowej Afryki, Jordania
I jakoś się wszyscy dogadali.
ONZ, uczcie się od nas.
czwartek, 16 czerwca 2011
Poznajmy się bliżej
Theo, ten na obrazku post wcześniej, jest sprawcą całego zamieszania.
Wymyślił on sobie bowiem, że chciałby trenować Capoeirę, ale nie miał za bardzo z kim. W sensie, miał z kim ale on nie chciał z nim. Ten "nim" to pan Brazylijczyk, który jednak nie za bardzo lubił dzielić się tym co Brazylijczycy kochają najbardziej - czyli brazylijską kulturą. Robił to na tyle opieszale, że Theo postanowił przestać trenować. Zdesperowany Theo stwierdził, że trzeba znaleźć kogoś z zza granicy, ale nie na tyle dalekiej jak Brazylia, żeby natknąć się znów na pana Brazylijczyka. I tak trafił na mnie (po drodze jeszcze na kilku innych przedstawicieli tej pięknej formy ruchowej, ale oni nie byli na tyle szaleni, żeby się zgodzić na taki obrót rzeczy jaki nastąpił w moim przypadku). Dodatkowo, tata Theo - pan Sourmelis, poszukiwał pracownika do swojego Laboratorium Dextera, i jakoś tak udało się zgrać te dwie rzeczy, że jutro idę do pracy jako Assistant w tym właśnie Laboratory.
Zamieszkałem w domu Państwa Sourmelisów, do czasu aż czegoś nie znajdę dla siebie. Państwo Sourmelis są bardzo mili dla mnie i dali mi jedzenie. A jak wiemy z powszechnie znanej jedynej prawdy obiadowej... eee... objawionej - kto daje jedzenie Augustynowi, ten miły sercu jego jest amen.
Obiad cypryjski w domu cypryjskim wygląda zaś tak:
Wymyślił on sobie bowiem, że chciałby trenować Capoeirę, ale nie miał za bardzo z kim. W sensie, miał z kim ale on nie chciał z nim. Ten "nim" to pan Brazylijczyk, który jednak nie za bardzo lubił dzielić się tym co Brazylijczycy kochają najbardziej - czyli brazylijską kulturą. Robił to na tyle opieszale, że Theo postanowił przestać trenować. Zdesperowany Theo stwierdził, że trzeba znaleźć kogoś z zza granicy, ale nie na tyle dalekiej jak Brazylia, żeby natknąć się znów na pana Brazylijczyka. I tak trafił na mnie (po drodze jeszcze na kilku innych przedstawicieli tej pięknej formy ruchowej, ale oni nie byli na tyle szaleni, żeby się zgodzić na taki obrót rzeczy jaki nastąpił w moim przypadku). Dodatkowo, tata Theo - pan Sourmelis, poszukiwał pracownika do swojego Laboratorium Dextera, i jakoś tak udało się zgrać te dwie rzeczy, że jutro idę do pracy jako Assistant w tym właśnie Laboratory.
Zamieszkałem w domu Państwa Sourmelisów, do czasu aż czegoś nie znajdę dla siebie. Państwo Sourmelis są bardzo mili dla mnie i dali mi jedzenie. A jak wiemy z powszechnie znanej jedynej prawdy obiadowej... eee... objawionej - kto daje jedzenie Augustynowi, ten miły sercu jego jest amen.
Obiad cypryjski w domu cypryjskim wygląda zaś tak:
Poznajmy się
Poznajcie Theo.
Jest Cypryjskim Grekiem. Nie Cypryjczykiem. Cypryjskim Grekiem.
Poznajcie Morze.
Jest Morzem Śródziemnym to morze. Śródziemnym.
Jest Cypryjskim Grekiem. Nie Cypryjczykiem. Cypryjskim Grekiem.
Poznajcie Morze.
Jest Morzem Śródziemnym to morze. Śródziemnym.
środa, 15 czerwca 2011
Cyklopek wielokropek
Panie i Panowie,
Z powodu, iż ponieważ wszyscyście moi znajomi/rodzinni/pracowi/jakkolwiek spowinowaceni chcieli Wy ode mnie jak najczęstsze update'owanie w najświeższe porcje informacji z wyspy zwanej Cypr, postanowiłem, co następuje.
Specjalnie dla Was, wyjechałem na ów Cypr, co by założyć tam bloga i regularnie wyspowiadywać się z aktualnych przeżyć. Na szczęście, po osiemnastym udarze słonecznym, zapewne znudzi się Wam śledzenie mnie i przełączycie kanał. Wtedy też zdecyduję, czy pisanie samemu do siebie jest czymś fajnym i jeśli nie dostanę schizofrenii, to uzupełnianie bloga tego nowo powstałego, będę kontynuował.
A natenczas, pozdrowienia z czeskiej Pragi (bo na Pradze warszawskiej byłem jeszcze dzisiaj rano). Do lotu do Larnaki zostało już tylko 4 i pół godziny! Minie jak szczelił!
O, idzie burza...
Z powodu, iż ponieważ wszyscyście moi znajomi/rodzinni/pracowi/jakkolwiek spowinowaceni chcieli Wy ode mnie jak najczęstsze update'owanie w najświeższe porcje informacji z wyspy zwanej Cypr, postanowiłem, co następuje.
Specjalnie dla Was, wyjechałem na ów Cypr, co by założyć tam bloga i regularnie wyspowiadywać się z aktualnych przeżyć. Na szczęście, po osiemnastym udarze słonecznym, zapewne znudzi się Wam śledzenie mnie i przełączycie kanał. Wtedy też zdecyduję, czy pisanie samemu do siebie jest czymś fajnym i jeśli nie dostanę schizofrenii, to uzupełnianie bloga tego nowo powstałego, będę kontynuował.
A natenczas, pozdrowienia z czeskiej Pragi (bo na Pradze warszawskiej byłem jeszcze dzisiaj rano). Do lotu do Larnaki zostało już tylko 4 i pół godziny! Minie jak szczelił!
O, idzie burza...
Subskrybuj:
Posty (Atom)