Całymi dniami taplam się w cemencie, wiercę dziury w ścianach, kopię dołki przy drodze i czasami spotykam się z ludźmi z całej Europy. Ale przyjechałem tu z trochę innym zamiarem. Jednak zamiar ten napotkał na drodze szarą rzeczywistość i na ten czas leży trochę odłogiem. Nie jest jednak zakopany pod natłokiem obowiązków gdyż jest celem, do którego owe obowiązki pomagają mi dotrzeć, choć poprzez drogę pełną chwastów i cierni. I choćbym kroczył ciemną doliną zła się nie ulęknę i do celu mego dotrę, po drodze tracąc parę kilo, śpiąc po cztery godziny na dobę i zapożyczając się na prawo i lewo w celu sfinansowania niezbędnych inwestycji. Lecz profity pod postacią satysfakcji z posiadanej grupy przyjdą, to wiem. Może nie jutro, może nie za tydzień i może nawet nie za pół roku, ale przyjdą. A wówczas przyjdzie roda i przyjdzie batizado i może Mestre nawet przyjdzie i powie "good job Matiek..", a ja i tak będę wiedział, że miał na myśli mnie a nie Maćka, którego pozdrawiam.
W chwili obecnej treningi udaje mi się prowadzić dwa razy w tygodniu. Treningi odbywają się na otwartym powietrzu pod daszkiem ogólnodostępnego mikro amfiteatrzyku Onisilos w dzielnicy turystycznej tuż przy plaży. Miejsce to dalekie jest ideałowi, mimo że zapewne nie ma zbyt wielu innych lokalizacji w których można wprost z treningu wbiec do morza i oddać się błogiej kąpieli. Jednak "be ton" na którym ćwiczymy ma swoje minusy i nie ułatwia au na głowie. Poszukuję więc ze skutkiem mizernym sali gimnastycznej albo angażu w klubie fitness lub szkole tańca. Mizeria jest spowodowana brakiem środku transportu, co mam nadzieję, zmieni się koniec końców z dniem jutrzejszym, i faktem, że w sezonie letnim wszystko tu pracuje na ćwierć gwizdka. Fitnesy się zamykają albo pracują do godzin śmiesznie niedostępnych dla klasy robotniczej. No i wszystko jest cholernie daleko. Szczególnie jeśli nie ma metra (choćby jednej linii), tramwajów, autobusów częściej niż co godzina (a w niedzielę co trzy), czy choćby rikszy (pozdrawiam wszystkich łodzian i ich pietrynowe lokomocje). Sierpień minie więc pod znakiem popołudniowych odwiedzin tego co akurat uda mi się znaleźć otwarte, a od września, mam nadzieję, ruszą regularne treningi. Jest również szansa na otwarcie grupy na głównym uniwersytecie (raczej polibudzie) w Limassol, ale by stało się to faktem, wiele Rubikonów jest jeszcze do przekroczenia.
Grupa ma nie powala też swoją liczebnością, choć przez już niemal półtora miesiąca treningów, przewinęło się chyba z 20 różnych osób. Trzon stanowią zawsze trzy, cztery te same osoby jednak większość wpada, mówi że bardzo im się podobało i że przyjdą następnym razem po czem słuch o nich zaginuje. Na ogół okazuje się, że ów ktoś właśnie wyjechał na wakacje i na pewno po nich na treningi wróci. Zapewne wróci, ale jak już mi powiedziano, takie przyjdę ale nie przyjdę jest bardzo cypryjskie... Generalnie - na Cypryjczykach lepiej nie polegać jak na Zawiszy i szwajcarskim zegarku. Pół godziny spóźnienia to żadne faux paux a wręcz przeciwnie. Sytuacja OCZYWIŚCIE zmieni się wraz z nastaniem ery płatnych treningów w sali. Choć mam nadzieję, że zderzenie z czymś takim jak PUNKTUALNOŚĆ i ORGANIZACJA nie wystraszy ich wszystkich gdzie pieprz i wanilia rośnie, czyli na Madagaskar.
Tako rzecze ja, Król Julian głosem Boberka.
A propos głosu.
- Co to jest Capoeira? - Spyta przechodzień.
- Capoeira to afrobrazylijska forma wyrazu artystycznego, unikalne połączenie cech tańca, muzyki, akrobacji i sztuki walki. Capoeira to ruchowy dialog dwojga partnerów w grze ataków i uników - pytań i odpowiedzi. - Udzielę informacji bez zastanowienia, bom wygadany jak tralala.
A teraz spróbuj powiedzieć to po angielsku (bo o grece nie ma co marzyć)? Trudne, co?
Mestre daje jakoś radę, to i ja będę.
http://vimeo.com/25055590
Ade re!
środa, 27 lipca 2011
środa, 13 lipca 2011
Nie lubię poniedziałków
I zapewne wielu mieszkańców Cypru także. Ostatni poniedziałek był szczególnie nieprzyjemny. Ale po kolei.
Jak wcześniej wspominałem, na Cyprze pracuje się na ogół od godziny 7:00 rano, głównie ze względu tą na minimalną szansę, że będzie minimalnie chłodniej niż o godzinie 9:00. W lipcu i sierpniu i tak nie ma to znaczenia. Jest gorąco i tyle.
W związku z koniecznością znalezienia się w pracy o tej wściekle wczesnej godzinie, wstałem o 6:30 i już o 6:55 byłem gotów udać się w podróż niedawno zapożyczonym rowerem. Do pracy mam cały czas z górki, więc 5 minut to akurat w sam raz by spóźnić się tyle ile wypada, czyli gdzieś z 5 minut właśnie. Możecie jedynie próbować sobie wyobrazić jak wielki był mój zawód, gdy oczom mym ukazała się totalnie pozbawiona powietrza opona przednia. Zamiast powietrza zaś znalazłem jedynie pamiątki po wczorajszej przejażdżce po okolicznych wzgórzach. Okazało się, że na cierniste krzewy alergię mają nie tylko wczesnochrześcijanie, ale i mój rower. Ucieszony tym faktem, podjąłem po raz kolejny ekspedycję pieszą, gdyż alternatywy nie miałem.
W trakcie spaceru, już w obrębie miasta, napotkałem kolejną dziwę, jaką była mgłochmura, która pokryła całe miasto i nawet zaczęła je rosić namiastką deszczu. Po raz pierwszy odkąd jestem na Cyprze widziałem takie zjawisko pogodowe i po raz pierwszy także patrząc w stronę słońca, nie widziałem go tam gdzie być powinno. Było to bardzo dziwne uczucie, temperatura spadła o kilka stopni.
Generalnie rzecz biorąc - powiało chłodem.
Dotarłem do biura. Kolejna dziwna rzecz - wszyscy siedzieli cicho. Jako, że nie znam greki (szok!) nie wdawałem się w dyskusję na dzień dobry, udałem się za to do najbliższego kontaktu, ponieważ mój iPhone, zaczął dawać znaki braku prądu. Jednakże wtyczka, do której usiłowałem się podpiąć, postanowiła przekazać mi znaki tego samego rodzaju. Na koniec Maria (z akcentem na "ija"), jedna z mych współpracownic, poinformowała mnie, że prądu nie ma i żebym się nie kłopotał.
Zasiadłem więc jak wszyscy i czekałem w milczeniu na kolejne zlecenie zrobienia kubików z cementu. Czas mijał, przyszedł Theo i spytał (pisownia błędna i nieoryginalna):
- Do you know what happend?
- Yes, there is no electricity.
- You didn't heard??? There was explosion at the morning, near Larnaca. Many people died.
- WTF...?
I tak się zaczęło. Black day, jak powiedział (jeszcze) prezydent Cypru, po czym znikł.
Oto co się stało. W pobieżnym skrócie bo i tak się rozgadałem.
Dwa lata temu wojsko amerykańskie, nie zaś cypryjskie jak podaje PAP, przechwyciło transport amunicji zmierzający do Syrii. Zgodnie z rezolucją ONZ, amunicja ta została skonfiskowana i umieszczona w bazie wojskowej w najbliższym cywilizowanym i nie objętym działaniami wojennymi kraju. Traf chciał, że był to Cypr. Ładunek 98 pojemników znalazł swoje miejsce tymczasowego spoczynku w bazie marynarki Evangelos Florakis w miejscowości Zygi tuż obok największej elektrowni w kraju Vassilikos.
Zbiorniki, jak widać powyżej, były składowane w pełnym słońcu. Przez dwa lata nikt z nimi nic nie zrobił. Dowódca bazy wielokrotnie apelował do władz o umieszczenie ich w jakkolwiek zabezpieczonym miejscu. Minister Obrony stwierdził, że zbiorniki te są zupełnie nieszkodliwe i równie dobrze mogłby by być umieszczone w jakimkolwiek miejscu zamieszkałym przez ludzi. Nikt nie przejął się również gdy pod wpływem upałów, zawartość kontenerów zaczęła pęcznieć. Dosłownie.
W poniedziałek rano, ok. godziny 4:30 w pobliżu zbiorników zaczął płonąć ogień. Wezwani strażacy bezskutecznie próbowali utrzymać pożar w ryzach. Na miejsce przyjechał także dowódca bazy i rozkazał wszystkim, którzy nie mogli mu już w niczym pomóc by ją opuścili. Sam został, by dowodzić akcją. O 5:30 wybuchły zbiorniki. Siła uderzeniowa była tak wielka, że uszkodziła setki domów w okolicy oraz stojącą nieopodal elektrownię. W miejscu gdzie stały powstał wielki krater. Zginęło 12 osób, 62 zostały ranne. Tylko dzięki owemu dowódcy (to ten sam, który próbował zrobić cokolwiek w sprawie kontenerów z amunicją stojących frywolnie na wolnym słońcu) ofiar było "tylko" tyle. Teraz jest uznawany za bohatera, zaś prezydent Cypru za wroga publicznego numer jeden.
Fala społecznego niezadowolenia rozlała się po kraju pozbawionym prądu i klimatyzacji - elektrownia Vassilikos pokrywała 60% zapotrzebowania Cypru. Teraz prąd w Limassol jest przez kilka godzin dziennie, co uniemożliwia normalną pracę wszystkim, także i mnie. Jednak cała złość koncentruje się w stolicy kraju, Nikozji. Przy okazji jednym z najcieplejszych miejsc w kraju, bo nie leżącym ani w górach ani nad morzem. Wczorajszą demonstrację (pokojową!) zasiliło tam 10 tys. osób. Dzisiejsze pogrzeby oglądał cały kraj. Sam widziałem jeden, gdy jechałem autostradą na trening. Kierowcy parkowali swe samochody NA autostradzie (przechodzi przez środek miasta, nieopodal jednej z ważniejszych bazylik w Limassol), by również uczestniczyć w obchodach. Minister Obrony i Szef Gwardii Narodowej podali się do dymisji, ale dopóki Prezydent zachowuje swoje stanowisko, manifestacjom nie będzie końca.
Taki mały kraj, a tyle się dzieje. Przynajmniej jest o czym pisać.
Jak wcześniej wspominałem, na Cyprze pracuje się na ogół od godziny 7:00 rano, głównie ze względu tą na minimalną szansę, że będzie minimalnie chłodniej niż o godzinie 9:00. W lipcu i sierpniu i tak nie ma to znaczenia. Jest gorąco i tyle.
W związku z koniecznością znalezienia się w pracy o tej wściekle wczesnej godzinie, wstałem o 6:30 i już o 6:55 byłem gotów udać się w podróż niedawno zapożyczonym rowerem. Do pracy mam cały czas z górki, więc 5 minut to akurat w sam raz by spóźnić się tyle ile wypada, czyli gdzieś z 5 minut właśnie. Możecie jedynie próbować sobie wyobrazić jak wielki był mój zawód, gdy oczom mym ukazała się totalnie pozbawiona powietrza opona przednia. Zamiast powietrza zaś znalazłem jedynie pamiątki po wczorajszej przejażdżce po okolicznych wzgórzach. Okazało się, że na cierniste krzewy alergię mają nie tylko wczesnochrześcijanie, ale i mój rower. Ucieszony tym faktem, podjąłem po raz kolejny ekspedycję pieszą, gdyż alternatywy nie miałem.
W trakcie spaceru, już w obrębie miasta, napotkałem kolejną dziwę, jaką była mgłochmura, która pokryła całe miasto i nawet zaczęła je rosić namiastką deszczu. Po raz pierwszy odkąd jestem na Cyprze widziałem takie zjawisko pogodowe i po raz pierwszy także patrząc w stronę słońca, nie widziałem go tam gdzie być powinno. Było to bardzo dziwne uczucie, temperatura spadła o kilka stopni.
Generalnie rzecz biorąc - powiało chłodem.
Dotarłem do biura. Kolejna dziwna rzecz - wszyscy siedzieli cicho. Jako, że nie znam greki (szok!) nie wdawałem się w dyskusję na dzień dobry, udałem się za to do najbliższego kontaktu, ponieważ mój iPhone, zaczął dawać znaki braku prądu. Jednakże wtyczka, do której usiłowałem się podpiąć, postanowiła przekazać mi znaki tego samego rodzaju. Na koniec Maria (z akcentem na "ija"), jedna z mych współpracownic, poinformowała mnie, że prądu nie ma i żebym się nie kłopotał.
Zasiadłem więc jak wszyscy i czekałem w milczeniu na kolejne zlecenie zrobienia kubików z cementu. Czas mijał, przyszedł Theo i spytał (pisownia błędna i nieoryginalna):
- Do you know what happend?
- Yes, there is no electricity.
- You didn't heard??? There was explosion at the morning, near Larnaca. Many people died.
- WTF...?
I tak się zaczęło. Black day, jak powiedział (jeszcze) prezydent Cypru, po czym znikł.
Oto co się stało. W pobieżnym skrócie bo i tak się rozgadałem.
Dwa lata temu wojsko amerykańskie, nie zaś cypryjskie jak podaje PAP, przechwyciło transport amunicji zmierzający do Syrii. Zgodnie z rezolucją ONZ, amunicja ta została skonfiskowana i umieszczona w bazie wojskowej w najbliższym cywilizowanym i nie objętym działaniami wojennymi kraju. Traf chciał, że był to Cypr. Ładunek 98 pojemników znalazł swoje miejsce tymczasowego spoczynku w bazie marynarki Evangelos Florakis w miejscowości Zygi tuż obok największej elektrowni w kraju Vassilikos.
Zbiorniki, jak widać powyżej, były składowane w pełnym słońcu. Przez dwa lata nikt z nimi nic nie zrobił. Dowódca bazy wielokrotnie apelował do władz o umieszczenie ich w jakkolwiek zabezpieczonym miejscu. Minister Obrony stwierdził, że zbiorniki te są zupełnie nieszkodliwe i równie dobrze mogłby by być umieszczone w jakimkolwiek miejscu zamieszkałym przez ludzi. Nikt nie przejął się również gdy pod wpływem upałów, zawartość kontenerów zaczęła pęcznieć. Dosłownie.
W poniedziałek rano, ok. godziny 4:30 w pobliżu zbiorników zaczął płonąć ogień. Wezwani strażacy bezskutecznie próbowali utrzymać pożar w ryzach. Na miejsce przyjechał także dowódca bazy i rozkazał wszystkim, którzy nie mogli mu już w niczym pomóc by ją opuścili. Sam został, by dowodzić akcją. O 5:30 wybuchły zbiorniki. Siła uderzeniowa była tak wielka, że uszkodziła setki domów w okolicy oraz stojącą nieopodal elektrownię. W miejscu gdzie stały powstał wielki krater. Zginęło 12 osób, 62 zostały ranne. Tylko dzięki owemu dowódcy (to ten sam, który próbował zrobić cokolwiek w sprawie kontenerów z amunicją stojących frywolnie na wolnym słońcu) ofiar było "tylko" tyle. Teraz jest uznawany za bohatera, zaś prezydent Cypru za wroga publicznego numer jeden.
Fala społecznego niezadowolenia rozlała się po kraju pozbawionym prądu i klimatyzacji - elektrownia Vassilikos pokrywała 60% zapotrzebowania Cypru. Teraz prąd w Limassol jest przez kilka godzin dziennie, co uniemożliwia normalną pracę wszystkim, także i mnie. Jednak cała złość koncentruje się w stolicy kraju, Nikozji. Przy okazji jednym z najcieplejszych miejsc w kraju, bo nie leżącym ani w górach ani nad morzem. Wczorajszą demonstrację (pokojową!) zasiliło tam 10 tys. osób. Dzisiejsze pogrzeby oglądał cały kraj. Sam widziałem jeden, gdy jechałem autostradą na trening. Kierowcy parkowali swe samochody NA autostradzie (przechodzi przez środek miasta, nieopodal jednej z ważniejszych bazylik w Limassol), by również uczestniczyć w obchodach. Minister Obrony i Szef Gwardii Narodowej podali się do dymisji, ale dopóki Prezydent zachowuje swoje stanowisko, manifestacjom nie będzie końca.
Taki mały kraj, a tyle się dzieje. Przynajmniej jest o czym pisać.
wtorek, 12 lipca 2011
Tawerna/ταβέρνα
Czyta się tak samo, trochę inaczej się pisze. W środku wystrój podobny, ale dania już nieco inne. Często przygrywa muzyka, raz z głośnika, raz z palnika. Pan Grek gra na greckiej gitarze, która na pewno ma jakąś swoją wymyślną nazwę własną. Do rytmu gitary i pianinka zaś tańczy się w charakterystyczny dla Greka sposób, czego się w polskich tawernach nie robi, chyba że grają szanty a ty akurat jesteś Klapkiem.
Tak, znowu się załapałem na wypad z IAESTE. W sumie to dość dziwne, bo po przyjeździe na Cypr moją największą grupę znajomych (co prawda tylko weekendowych) stanowią niemal wszyscy, tylko nie Cypryjczycy. Jest Theo i jest Pambos, a reszta co najwyżej pochodzi z Grecji i po turnusie wróci tam by dalej bankrutować i domagać się obalenia rządu. Trzecia połowa tej zbieraniny to, jak już wcześniej parę razy wspominałem, głównie mieszkańcy Europy centralnej z domieszką Wschodniej, Północnej, Zachodniej i Meksyku. Bliski Wschód też ma swoich przedstawicieli. By the way - czy jakiś domorosły geograf (Frolot?) wypowie się bez zaglądania do Wikipedii, do jakiego regionu zalicza się Cypr? A jeśli do Europy to jakim prawem i lewem (kierunek ruchu)??? Bliżej mi tu do Izraela i Syrii niż do Krety.
Brzydal, Theo i Sophia (z akcentem na "i" - "zofija")
Tak więc, porzucając didaskalia i wątki poboczne, dzięki w miarę regularnym spotkaniom, zaczynam poznawać tychże ludzi i stwierdzam, że im mniej znasz angielski tym bardziej otwartą osobą jesteś. A raczej - na wyjazd za granicę bez znajomości języka miejscowego i/lub angielskiego, mogą zdecydować się tylko ludzie bezgranicznie wierzący w siłę przebicia swojej pozytywnej natury i/lub Polacy chcący pracować w ubojni kurczaków w Ipswich. Takimi właśnie człowiekami są Misza (Mikhail) i Sergio (Sergio). Ich znajomość angielskiego zamyka się w 100 słowach. Po zsumowaniu.
Dla przykładu, scenka rodzajowa:
Przy pierwszym spotkaniu z Miszką, Theo kurtuazyjnie spytał.
- Michael, how are you?
- I'm the best! - odpowiedział bez żenady i zgodnie z prawdą Mikhail.
Sergio zaś opowiedział mi historię swoją, swojej rodziny, o życiu codziennym w Meksyku, opisał mi także swoje plany na przyszłość używając głównie rąk i owych 50 słów per capita jego jedną.
Sergio
W tawernie jedliśmy co i rusz donoszone dania kuchni cypryjskiej, popijając co i rusz donoszonymi winami by na koniec co i rusz ruszyć na parkiet o powierzchni 2,5 x 2,5 metra i tańczyć typowe greckie tańce, które typowy Polak wszystkie wrzuci do jednego wora pod nazwą Zorba, a którego to określenia typowy Grek nawet nie zna. Taniec grecki składa się z: bardzo skomplikowanego rytmu, ekspresyjnego tańca polegającego na "chodzeniu" do tegoż rytmu i pokazywaniu bólu po stracie ukochanej kobiety, bo głównie o tym opowiadają ichnie piosenki (podobno, wierzę na słowo). Jako znany i uznany na świecie tancerz i choreograf Augustin vel Egurrola, spróbowałem swych sił i podjąłem nieudolną próbę oddania ruchem ciała w/w składników. Nieudolną, gdyż mój "taniec" przypominał bardziej electric boogie, a bólu po stracie robota nikt jakoś nie był w stanie zinternalizować.
Koniec imprezy w tawernie, był początkiem gorącej sobotniej nocy. Tak przynajmniej zapowiadało się na wstępie, jednak zmęczenie jedzeniem i piciem bez ograniczeń (za jedyne 20 euro bez VAT!), odebrało siły decyzyjnej części gawiedzi. Po przemknięciu przez jeden z klubów, w którym głównymi hot spotami (oprócz baru), były wiatraki mielące gorące powietrze i zamieniające je na obklejającą wszystkich watę cukrową, rozsiedliliśmy się na ulicy, porobiliśmy sobie zdjęcia i poszliśmy do domów.
Na koniec zdjęcie Sophii z Athen, która pewnie mnie zabije/pozwie za publikację jej wizerunku, ale wg mnie naprawdę ładnie na nim wygląda, więc nie powinna się czuć urażona :) Nie, nie jest to Afrodyta i nią nie będzie, więc bez gupich komentarzy proszę.
Sophie, if someday you will find here this picture, please don't kill or sue me!
Tak, znowu się załapałem na wypad z IAESTE. W sumie to dość dziwne, bo po przyjeździe na Cypr moją największą grupę znajomych (co prawda tylko weekendowych) stanowią niemal wszyscy, tylko nie Cypryjczycy. Jest Theo i jest Pambos, a reszta co najwyżej pochodzi z Grecji i po turnusie wróci tam by dalej bankrutować i domagać się obalenia rządu. Trzecia połowa tej zbieraniny to, jak już wcześniej parę razy wspominałem, głównie mieszkańcy Europy centralnej z domieszką Wschodniej, Północnej, Zachodniej i Meksyku. Bliski Wschód też ma swoich przedstawicieli. By the way - czy jakiś domorosły geograf (Frolot?) wypowie się bez zaglądania do Wikipedii, do jakiego regionu zalicza się Cypr? A jeśli do Europy to jakim prawem i lewem (kierunek ruchu)??? Bliżej mi tu do Izraela i Syrii niż do Krety.
Brzydal, Theo i Sophia (z akcentem na "i" - "zofija")
Tak więc, porzucając didaskalia i wątki poboczne, dzięki w miarę regularnym spotkaniom, zaczynam poznawać tychże ludzi i stwierdzam, że im mniej znasz angielski tym bardziej otwartą osobą jesteś. A raczej - na wyjazd za granicę bez znajomości języka miejscowego i/lub angielskiego, mogą zdecydować się tylko ludzie bezgranicznie wierzący w siłę przebicia swojej pozytywnej natury i/lub Polacy chcący pracować w ubojni kurczaków w Ipswich. Takimi właśnie człowiekami są Misza (Mikhail) i Sergio (Sergio). Ich znajomość angielskiego zamyka się w 100 słowach. Po zsumowaniu.
Dla przykładu, scenka rodzajowa:
Przy pierwszym spotkaniu z Miszką, Theo kurtuazyjnie spytał.
- Michael, how are you?
- I'm the best! - odpowiedział bez żenady i zgodnie z prawdą Mikhail.
Sergio zaś opowiedział mi historię swoją, swojej rodziny, o życiu codziennym w Meksyku, opisał mi także swoje plany na przyszłość używając głównie rąk i owych 50 słów per capita jego jedną.
Sergio
W tawernie jedliśmy co i rusz donoszone dania kuchni cypryjskiej, popijając co i rusz donoszonymi winami by na koniec co i rusz ruszyć na parkiet o powierzchni 2,5 x 2,5 metra i tańczyć typowe greckie tańce, które typowy Polak wszystkie wrzuci do jednego wora pod nazwą Zorba, a którego to określenia typowy Grek nawet nie zna. Taniec grecki składa się z: bardzo skomplikowanego rytmu, ekspresyjnego tańca polegającego na "chodzeniu" do tegoż rytmu i pokazywaniu bólu po stracie ukochanej kobiety, bo głównie o tym opowiadają ichnie piosenki (podobno, wierzę na słowo). Jako znany i uznany na świecie tancerz i choreograf Augustin vel Egurrola, spróbowałem swych sił i podjąłem nieudolną próbę oddania ruchem ciała w/w składników. Nieudolną, gdyż mój "taniec" przypominał bardziej electric boogie, a bólu po stracie robota nikt jakoś nie był w stanie zinternalizować.
Koniec imprezy w tawernie, był początkiem gorącej sobotniej nocy. Tak przynajmniej zapowiadało się na wstępie, jednak zmęczenie jedzeniem i piciem bez ograniczeń (za jedyne 20 euro bez VAT!), odebrało siły decyzyjnej części gawiedzi. Po przemknięciu przez jeden z klubów, w którym głównymi hot spotami (oprócz baru), były wiatraki mielące gorące powietrze i zamieniające je na obklejającą wszystkich watę cukrową, rozsiedliliśmy się na ulicy, porobiliśmy sobie zdjęcia i poszliśmy do domów.
Na koniec zdjęcie Sophii z Athen, która pewnie mnie zabije/pozwie za publikację jej wizerunku, ale wg mnie naprawdę ładnie na nim wygląda, więc nie powinna się czuć urażona :) Nie, nie jest to Afrodyta i nią nie będzie, więc bez gupich komentarzy proszę.
Sophie, if someday you will find here this picture, please don't kill or sue me!
poniedziałek, 4 lipca 2011
Do posłuchania
W oczekiwaniu na telefon, który ma sprawić iż stanę się chwilowym posiadaczem cudzego roweru, a który to rower będzie trzecią nogą w moim "sprawnym inaczej" poruszaniu się po pięknym mieście Limassol, słucham sobie muzyki.
No i co z tego, zapytacie. Słusznie, przyznam szczerze, prócz tego, że muzyka ta jest muzyką grecką. Grecy bowiem, uwielbiają słuchać greckiej muzyki. Są z niej niesamowicie dumni. I nie mówię tu tylko o muzyce popularnej. Każdy Cypryjczyk będzie w stanie w dowolnym momencie odtworzyć kanoniczne fragmenty muzyki bizantyjskiej, lub trochę mniej odległe wiekowo przyśpiewki ludowe (coś co my głównie znamy pod nazwą "Zorby" a co absolutnie nie jest ani krztynę bliskie stanu rzeczywistemu). Jednak to muzyka współczesna wypełnia eter. Około 90% czasu antenowego wypełnione jest przebojami z Grecji. Rynek muzyczny Grecji i Cypru jest połączony i wiele gwiazd greckich estrad jest pochodzenia cypryjskiego, tak więc wszyscy na Cyprze słuchają tego samego co i na Półwyspie Peloponeskim i okolicach. A co właśnie jest na topie? M.in. to o... czekaj jak się wkleja filmik z jutuba... mhm... zaraz. Ups.. Aaaa, no tak.
Na koniec ciekawostka. Jednym ze znanych (pół)Cypryjczyków na światowej scenie muzycznej jest niejaki Georgios Kyriacos Panayiotou alias George Michael :)
No i co z tego, zapytacie. Słusznie, przyznam szczerze, prócz tego, że muzyka ta jest muzyką grecką. Grecy bowiem, uwielbiają słuchać greckiej muzyki. Są z niej niesamowicie dumni. I nie mówię tu tylko o muzyce popularnej. Każdy Cypryjczyk będzie w stanie w dowolnym momencie odtworzyć kanoniczne fragmenty muzyki bizantyjskiej, lub trochę mniej odległe wiekowo przyśpiewki ludowe (coś co my głównie znamy pod nazwą "Zorby" a co absolutnie nie jest ani krztynę bliskie stanu rzeczywistemu). Jednak to muzyka współczesna wypełnia eter. Około 90% czasu antenowego wypełnione jest przebojami z Grecji. Rynek muzyczny Grecji i Cypru jest połączony i wiele gwiazd greckich estrad jest pochodzenia cypryjskiego, tak więc wszyscy na Cyprze słuchają tego samego co i na Półwyspie Peloponeskim i okolicach. A co właśnie jest na topie? M.in. to o... czekaj jak się wkleja filmik z jutuba... mhm... zaraz. Ups.. Aaaa, no tak.
ΜΕΛΙΣΣΕΣ & ΗΒΗ ΑΔΑΜΟΥ - Krata ta matia sou kleista
Nino - Ok
Dimos Anastasialis - An M' Agapas (to mi się podobie nawet)
Na koniec ciekawostka. Jednym ze znanych (pół)Cypryjczyków na światowej scenie muzycznej jest niejaki Georgios Kyriacos Panayiotou alias George Michael :)
niedziela, 3 lipca 2011
Villakend
IAESTE, czyli wspominana wcześniej organizacja unijna, umożliwiająca studentom kierunków technicznych odbycie stażu zagranico, bardzo troszczy się o swoich podopiecznych. W ramach wolontariatu, tzw. opiekunowie przejmują pieczę nad czasem wolnym przybyszów z innych krajów i w miarę możliwości organizują im różnego rodzaju atrakcje. Do tej pory, podczepiałem się pod wspólne spotkania w kawiarniach. Tym razem, dzięki Theo mogłem pojechać na weekendowy pobyt w Villi nieopodal Pafos (nieopodal, oznacza kilkadziesiąt kilometrów, kilka kilometrów od kurortu Latchi). Niestety, obowiązki służbowe (tak, tak - wbrew pozorom ja tu ciężko pracuję) zmusiły mnie do odłożenia wyjazdu na sobotnie popołudnie.
Zaraz po powrocie z pracy, do mej podmiejskiej posiadłości, odświeżyłem się w basenie, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy (zapominając o kilku innych) i wyruszyłem w drogę. Drodzy słuchacze, musicie bowiem wiedzieć, że poruszanie się po Cyprze bez własnego samochodu to wieczna droga przez skwar i mękę. Dlatego też moja podróż składała się na następujących odcinków specjalnych:
1OS - Robert Korzeniowski's style walking z domu na przystanek - około 10 minut - priceless
2OS - Autobus miejski do stacji autobusów międzymiastowych - 15 minut - 1€
3OS - Taxobus do Pafos - 1 godzina - 10€
4OS - Bus do Polis Chrysochous - 50 minut - 1€
5OS - Robert Korzeniowski's style walking z przystanku w Polis na plażę - 15 minut - priceless
Bus z Pafos do Polis
Droga na plażę z Polis
Droga na plażę z Polis ale już troszkę bliżej morza.
Na plaży spędziłem około 2 godzin, ponieważ musiałem poczekać na kolegę Theo, Pambosa (tak, to jest imię). Dodam, że czasu spędzonego na plaży nie uważam za stracony :)
W oddali - Afrodyta.
Pambos, był na tyle miły, że podwiózł mnie do Latchi, gdzie IAESTE-owcy zakończyli byli właśnie rejs statkiem, na który się nie załapałem i zabierali się właśnie do kolacji w miejscowej restauracji, na którą to kolację się załapałem. Tym razem zebrały się chyba wszystkie osoby z Turnusu. Większość z nich pracuje w Nikozji, ale było też parę osób z Limassol. Przy stole spotkało się ponad dwudziestu przedstawicieli takich krajów jak Norwegia, Czechy, Serbia, Niemcy, Hiszpania (a w zasadzie Dumna Katalonia:), Słowenia, Bośnia, Węgry, Liban, Rosja, Grecja, Cypr i Polska. Lingua franca - angielski, poziom - zróżnicowany. Po spożyciu morskich przysmaków, na które zdecydowali się głównie miejscowi, gdyż ja pozostałem przy bezpiecznym kurczaku, okraszonym szpinakiem i fetą, pojechaliśmy do domu. Do wynajętego domu pośród wzgórz okolic Polis. Dojechaliśmy wieczorem, więc nie mogłem w pełni docenić uroków okolicy. A w zasadzie mogłem docenić uroki okolicy w wydaniu nocnym. Malowniczość tego miejsca była nie do opisania. Więc jej nie opiszę. Powiem tylko, że kąpać się w basenie w środku nocy, z widokiem na oddalone wzgórza rozświetlone girlandami domków, to przeżycie niezapomniane, ale chyba jedno z wielu których na Cyprze można doświadczyć.
Wieczorem pobawiliśmy się jeszcze w gry towarzyskie wymyślone przez uroczego Niemca i mocno zmęczeni, około 3am udaliśmy się na spoczynek. Villa, co za chwilę okaże się na zdjęciach, musiała pomieścić ponad dwadzieścia osób. Miejsc sypialnych starczało co najwyżej dla połowy, więc każdy wciskał się tam gdzie się dało. Mnie przypadł leżak kąpielowy przy basenie pod chmurką. I było to najlepsze co mogło mnie spotkać. Pamiętam jedne wakacje na Mazurach, gdy spałem na pokładzie wynajętej żaglówki. To było piękne lato, bardzo ciepłe i w miłym towarzystwie, ale to co głównie z tego wyjazdu zapamiętałem, to właśnie noce pod gwiazdami na pokładzie. Wczoraj przypomniał mi się ów wyjazd, gdy po zgaszeniu wszystkich świateł, nad moją głową pojawiło się miliard niedających zasnąć gwiazd. Czułem się jak obserwatorium astronomiczne. Nic nie ograniczało mi tego widoku i za nic nie chciałem przerywać sobie tej przyjemności. Ale w końcu nadszedł sen.
Ranek przyniósł słońce, ale ono łaskawie pozwoliło się wyspać, chowając się w cieniu po kątach aż do 9:00. Po śniadaniu i pogawędkach, towarzystwo przystąpiło do upamiętniania swojej wizyty w tym miejscu. Takoż i ja.
Od lewej - Katalonia, Katalonia, Rosja, Norwegia
Po ułożeniu się w mega IAESTE, wpisaniu do księgi pamiątkowej, ruszyliśmy z Theo, Norwegiem, Węgierką i Niemką w podróż z powrotem do Limassol. W tę stronę było jakoś szybciej...
A oto i jego wysokość Byrzydal. Pozdrawiam!
Zaraz po powrocie z pracy, do mej podmiejskiej posiadłości, odświeżyłem się w basenie, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy (zapominając o kilku innych) i wyruszyłem w drogę. Drodzy słuchacze, musicie bowiem wiedzieć, że poruszanie się po Cyprze bez własnego samochodu to wieczna droga przez skwar i mękę. Dlatego też moja podróż składała się na następujących odcinków specjalnych:
1OS - Robert Korzeniowski's style walking z domu na przystanek - około 10 minut - priceless
2OS - Autobus miejski do stacji autobusów międzymiastowych - 15 minut - 1€
3OS - Taxobus do Pafos - 1 godzina - 10€
4OS - Bus do Polis Chrysochous - 50 minut - 1€
5OS - Robert Korzeniowski's style walking z przystanku w Polis na plażę - 15 minut - priceless
Bus z Pafos do Polis
Droga na plażę z Polis
Droga na plażę z Polis ale już troszkę bliżej morza.
Na plaży spędziłem około 2 godzin, ponieważ musiałem poczekać na kolegę Theo, Pambosa (tak, to jest imię). Dodam, że czasu spędzonego na plaży nie uważam za stracony :)
W oddali - Afrodyta.
Pambos, był na tyle miły, że podwiózł mnie do Latchi, gdzie IAESTE-owcy zakończyli byli właśnie rejs statkiem, na który się nie załapałem i zabierali się właśnie do kolacji w miejscowej restauracji, na którą to kolację się załapałem. Tym razem zebrały się chyba wszystkie osoby z Turnusu. Większość z nich pracuje w Nikozji, ale było też parę osób z Limassol. Przy stole spotkało się ponad dwudziestu przedstawicieli takich krajów jak Norwegia, Czechy, Serbia, Niemcy, Hiszpania (a w zasadzie Dumna Katalonia:), Słowenia, Bośnia, Węgry, Liban, Rosja, Grecja, Cypr i Polska. Lingua franca - angielski, poziom - zróżnicowany. Po spożyciu morskich przysmaków, na które zdecydowali się głównie miejscowi, gdyż ja pozostałem przy bezpiecznym kurczaku, okraszonym szpinakiem i fetą, pojechaliśmy do domu. Do wynajętego domu pośród wzgórz okolic Polis. Dojechaliśmy wieczorem, więc nie mogłem w pełni docenić uroków okolicy. A w zasadzie mogłem docenić uroki okolicy w wydaniu nocnym. Malowniczość tego miejsca była nie do opisania. Więc jej nie opiszę. Powiem tylko, że kąpać się w basenie w środku nocy, z widokiem na oddalone wzgórza rozświetlone girlandami domków, to przeżycie niezapomniane, ale chyba jedno z wielu których na Cyprze można doświadczyć.
Wieczorem pobawiliśmy się jeszcze w gry towarzyskie wymyślone przez uroczego Niemca i mocno zmęczeni, około 3am udaliśmy się na spoczynek. Villa, co za chwilę okaże się na zdjęciach, musiała pomieścić ponad dwadzieścia osób. Miejsc sypialnych starczało co najwyżej dla połowy, więc każdy wciskał się tam gdzie się dało. Mnie przypadł leżak kąpielowy przy basenie pod chmurką. I było to najlepsze co mogło mnie spotkać. Pamiętam jedne wakacje na Mazurach, gdy spałem na pokładzie wynajętej żaglówki. To było piękne lato, bardzo ciepłe i w miłym towarzystwie, ale to co głównie z tego wyjazdu zapamiętałem, to właśnie noce pod gwiazdami na pokładzie. Wczoraj przypomniał mi się ów wyjazd, gdy po zgaszeniu wszystkich świateł, nad moją głową pojawiło się miliard niedających zasnąć gwiazd. Czułem się jak obserwatorium astronomiczne. Nic nie ograniczało mi tego widoku i za nic nie chciałem przerywać sobie tej przyjemności. Ale w końcu nadszedł sen.
Ranek przyniósł słońce, ale ono łaskawie pozwoliło się wyspać, chowając się w cieniu po kątach aż do 9:00. Po śniadaniu i pogawędkach, towarzystwo przystąpiło do upamiętniania swojej wizyty w tym miejscu. Takoż i ja.
Od lewej - Katalonia, Katalonia, Rosja, Norwegia
Po ułożeniu się w mega IAESTE, wpisaniu do księgi pamiątkowej, ruszyliśmy z Theo, Norwegiem, Węgierką i Niemką w podróż z powrotem do Limassol. W tę stronę było jakoś szybciej...
A oto i jego wysokość Byrzydal. Pozdrawiam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




