piątek, 30 marca 2012

Cypryjczyk, istota społeczna

Kontynuując naszą wyprawę poprzez pseudosocjologiczno-cypryjskie wątki kulturowe, warto zwrócić uwagę na charakterystyczną dla Cypryjczyków właściwość. Albowiem, wzorem innych nacji europejskiego Południa, przeciętny mieszkaniec Cypru jest niemalże uzależniony od tworzenia i podtrzymywania więzi społecznych. Szczególnie zaś upodobał sobie właśnie owo podtrzymywanie i to sama ta czynność jest dla niego bardziej znacząca niż więź w swej istocie. Nie ma znaczenia wiek, płeć czy status społeczny - każden jeden z synów i cór Afrodyty, średnio pół tuzina razy w tygodniu, wieczór spędza poza domem, w otoczeniu bliższych i dalszych znajomych i przyjaciół.
Z pobieżnie wykonanych obserwacji uczestniczących wynika, że chyba najmniejszym stopniem socjalizacji w obrębie własnej grupy rówieśniczej, wyróżniają się dzieci wszelkiej maści. Owszem, mali Cypryjczycy chodzą do szkoły, spotykają więc inne dzieciaki. Jednak po czasie nauki, która kończy się zawsze punkt 13:00, pociechy odbierane są przez parkujących gdzie popadnie rodziców, jedyną opcją na wyjście na miasto jest uczestnictwo, w którejś z nielicznych dostępnym pacholęciom aktywności ruchowo-sportowych. Tak więc, resztę dnia dzieci owe spędzają w domu rodzinnym. Bo dom ów właśnie to siedziba główna, centrum dowodzenia, życia i pożycia. Dom do struktura kilkupoziomowa i tak samo pełni funkcję schronienia dla rodzin wielopoziomowych. Rodzime pojęcie „domku jednorodzinnego”, pada daleko od jabłoni. W domu takim bowiem, znajduje się na ogół kilka mieszkań, zapewniających zarazem dyskrecję jak i potrzebna tej nacji stałą bliskość innego człowieka. Niekoniecznie członka rodziny. Całkiem komfortowo w takim „bloku”, całkiem komfortowo pomieścić się mogą trzy lub nawet cztery generacje. Co więcej, takie wymieszanie generacyjne nie prowadzi do, nieuchronnych wydawałoby się, konfliktów pokoleniowych. Starszych traktuje się z szacunkiem ale i z pewną dozą swawoli, pozwalającą na rozładowywanie emocji w sposób żartobliwy. A nawet zbyt żartobliwy. Taki jeden dom rzadko też pozostaje osamotniony i tworzy nieformalne wioski z sąsiadującymi domami, które często należą do członków dalszej rodziny domu głównego. A nawet jeśli owe domy nie są powiązane więzami krwi, to na pewno wzajemnej przyjaźni i zaufania. W moim najbezpośredniejszym sąsiedztwie, znajdują się trzy takie domy, których mieszkańcy wzajemnie odwiedzają się na zasadzie „czuj się jak u siebie w domu”. Dodatkowo, funkcję wspólnej zagrody, spełnia ulica, przy której te domy się znajdują. Dzieci grają tu w piłkę, obijając mury i samochody, a starsi przechodzą od jednego „płota” do drugiego, by powymieniać spostrzeżenia na temat pogody.
Zbliża się  wieczór. Jeśli jesteś młodym Cypryjczykiem, zapewne masz już na swoim iPhone co najmniej kilka zaproszeń na wyjście na kawę, połączonej z sesją jednej z dwóch najpopularniejszych gier karcianych (nazwa jednej z nich to „birimba” - jakoś tak swojsko brzmi), lub backgammona, tutaj znanego jako „trik trak”, czy jakoś tak. Po wybraniu interesującego cię zaproszenia, o ile sam nie wyszedłeś z taką inicjatywą, umawiasz się na jakąś okrągłą godzinę. Cypryjczycy nie lubią spotykać się zbyt wcześnie. Dajmy więc na to, że godziną spotkania będzie 23. Przy sprzyjających wiatrach, spóźnisz się z pół godziny do 45 minut, czego nikt ci nie wypomni, bo wszyscy postąpili mniej więcej tak samo. No chyba że jesteś lubiącym punktualność Europejczykiem z Północy. Z czystej kurtuazji usprawiedliwisz swoje spóźnienie faktem braku miejsca do zaparkowania w obrębie 200 metrów od Cafe Cośtam. Przejście tej odległości na piechotę było nie lada wyczynem, więc czujesz się dumny z siebie a twoi znajomi połączą się z tobą w bólu ze znaczną dozą empatii i zrozumienia w głosie. Następnie przywitasz się ze wszystkimi zebranymi pytając „ti kamnis?”, co oznacza „jak się masz/czujesz?”, i usłyszeniu od każdego „kala, esis?”, co z kolei informuje cię, że „dobrze” i zapytuje o to samo. Po wypełnieniu obowiązkowych formalności, przejdziesz do zamówienia interesującego cię napoju, którym w okresie letnim będzie frappe, a podczas tzw. „zimy”, koniecznie cappuccino, lub podobnie fikuśna kawa z mlekiem. Po około dwóch godzinach, stwierdzisz że jesteś głodny co zaprowadzi ciebie i twoich przyjaciół „na girosa”, czyli mięso kurczaka/baraniny/wieprzowiny z warzywami w sosie tzatziki, lub jogurtem greckim. Jeśli dasz się namówić na „giros elleniki” dodatkowo do środka dorzucą ci jeszcze trochę frytek. Francuskich.
Po zakończonej konsumpcji pożegnasz się wylewnie i około 2 am pojedziesz do domu.
Na marginesie dodam, że takiemu podtrzymywaniu więzi, dodatkowo sprzyja, a w zasadzie do takiego podtrzymywania więzi wręcz zmusza, nie co innego jak geografia. Jakichś swoich znajomych tudzież spowinowaconych, przeciętny Cypryjczyk ma na całym Cyprze. Nie sposób jest więc przed nimi uciec, albo udawać że cię nie ma. Liczba ludności na Cyprze (bez tzw. „Północnego Cypru”, porównywana jest z liczbą mieszkańców Krakowa (ok. 750 000). Dlatego na (prawie) całym Cyprze, Cypryjczyk czuje się jak u siebie w swojej jednej wielkiej lokalnej wiosce.

środa, 14 marca 2012

Minority report


W kraju Polska trudno jest nauczyć się tolerancji wobec przedstawicieli innych kultur. Nie twierdzę tak bynajmniej dlatego, że jesteśmy w jakiś sposób zaściankowi, ciemnogrodzcy, szowinistyczni i z lekkim nastawieniem do nacjonalizmu. O nie. Taki sposób bycia wybrało sobie jedynie ok. 22% społeczeństwa (wg ostatniego sondażu TNS OBOP na zlecenie Faktów TVN). Cała reszta chciałaby się nauczyć, ale nie może, lub jak mawiał klasyk – „chcem ale nie mogiem”. Bo i jak się tu uczyć tolerancji wobec mniejszości skoro te mniejszości  tak złośliwie się przed chcącymi chowają? Jak już jakiś gej dokona seppuku społecznego… eee… coming out’u, to na ogół jedynie w żartach albo już po pięćdziesiątce, kiedy i tak jest mu już wszystko jedno. Ciemnoskórzy, typu Ola Szwed, choć przeszli w życiu wiele (wg „Gali”, „Vivy”, „Życia na Gorąco”, „Mojego psa” i „Czerech kątów”), to jak na złość zostają jurorami każdego z programów taneczno-rozrywkowych i żyje się im za dobrze, żeby ich spokojnie tolerować. A taka mniejszość wietnamska dajmy na to. Zarabia na nas Polakach dzikie kokosy, sprzedając nam spring rolls’y o wdzięcznej nazwie „sajgonki”. To tak jakby Irakijczyk sprzedawał nam kebaba przemianowanego na „bagdadek”.
Tak w ogóle, czy wiecie drogie dzieci, że Wietnamczycy w Polsce mają nawet swoje struktury rządzące? Biorą obchodzone hucznie wesela przy Placu Zbawiciela, mają swoje turnieje piłki nożnej. Generalnie państwo w państwie. Czy tak właśnie wygląda życie przedstawicieli mniejszości etnicznej/narodowej/kulturowej na obcej ziemi? Czy ta ziemia kiedykolwiek przestanie być obca?
Spójrzmy na to oczami mniejszości.
Przykład numer 1. Przedstawiciel mniejszości Polaków na Cyprze. Augustyn.
Augustyn przyjechał na Cypr około 9 miesięcy temu. Zaczął dość skutecznie asymilować się z tubylcami a jednocześnie spotykał przedstawicieli innych kultur z całego świata. Jednakże, po dziewięciu miesiącach, jego głównymi kompanami do wojaczki i do szklanki są bracia Słowianie, głównie z kręgu Słowian Wschodnich. Bez wątpienia to właśnie bliskość kulturowa popchnęła go w ich ramiona, ponieważ różnice na polu porozumienia Polsko-Cypryjskiego, pozostawały za sobą za dużo min. Ale nigdy nie mów nigdy.
Przykład numer 2. Przedstawiciele mniejszości Rosjan na Cyprze. Rosjanie (liczba mnoga gdyż będę nieobiektywnie generalizował. A do kata z metodologią!). Rosjanie przybyli na Cypr lata temu, gdy okazało się, że można tu dostać bardzo czyste pieniądze. Wystarczy je tylko trochę uprać. Następnie, korzystając z koniunktury i geografii, Rosjanie zaczęli robić fortuny nie tylko na rzeczach nielegalnych, ale także w całkiem prawy i sprawiedliwy sposób. To przecież nie ich wina, że Cypr BYŁ rajem podatkowym. I tak zaczęło być ich coraz więcej i więcej. Po latach jednakże nie widać tu bliższej asymilacji z ludem pierwotnym Greckim. Są sklepy greckie i sklepy z delikatesami rosyjskimi. Są nawet rosyjskie banki. Nowobogacki Rosjanin stał się dobrym klientem i teraz jest jednym z głównych targetów sprzedaży ekskluzywnych mieszkań w nowobudowanej Marinie Limassol. Tym samym, Rosjanie wyparli inny naród obecny tu o wiele dłużej, a mianowicie…
Numer 3. Anglicy.
Ci to mają fajnie. Podbili pół świata i teraz mają gdzie na wakacje jeździć. Co więcej, gdziekolwiek wyjadą to mogą się bez problemu dogadać. To innych problem, żeby się nauczyć anglosaskiego. Tak samo było li z Cyprem. Objęty „kontrolą” gdzieś w XIX wieku, do 1960 pozostawał kolonią Korony Brytyjskiej. Żeby tego było mało, biedny narodek suflakożerców, musiał z nimi stoczyć wojnę o niepodległość. Anglicy mieli wówczas niezłą passę wyzbywania się swych zamorskich terytoriów, także więc i tu dali… się. Pozostawili sobie tylko kilka „Suwerennych” baz wojskowych, których zadaniem jest sprawowanie pieczy nad regionem bliskowschodnim. W związku z tym, po wyspie pałęta się pełno Wyspiarzy. Pomimo bardzo długiej ich tu bytności, zauważyłem jedynie kilka przykładów, mieszania się przedstawicieli Brytów z Grekami. Głównie działalnością tą parają się przedstawiciele już trochę starszego pokolenia.
Kolejne przykłady nie są już tak różowe. Są żółte, z domieszką brązowego. Mianowicie chodzi o przykład…
Numer 4. Azjaci, ogólnie rzecz biorąc. Wydzielić z nich można nacje: Indonezyjczyków,  Wietnamczyków, Bangladczyków (jezu, jak to się odmienia??) Srilańczyków (a to???), Kambodżańczyków (poddaję się…), generalnie wszystkich nacji na południowy-zachód od Japonii. Jak powiedziałby Klapek vel Szczeciu - po prostu Azjaci i już. Ich rolą w społeczeństwie Cypryjskim jest opieka nad seniorami, tudzież pomoc w sprzątaniu. Podobno ówcześnie panujący rząd kiedyś sobie tak wybrał i umożliwił przedstawicielom w/w narodów masowe sprowadzanie się na wyspę Cypr. Przepraszam, nie „przedstawicielom” a „przedstawicielkom”. Otóż, podczas mej dziewięciojużmiesięcznej Iliady, napotkałem na swej drodze Azjatów płci męskiej w liczbie dającej się zmieścić na palcu jednej ręki. Gdyż panie Azjatki przyjechały tu same. Mieszkają przy (a czasem nawet w) domach, którymi mają za zadanie się opiekować. Jeśli nie mają swojego domu, to muszą dojeżdżać na różne fuchy, korzystając z komunikacji miejskiej, która z kolei wydaje się być stworzona tylko na ich użytek, bo nikt inny z niej nie korzysta. Spotykają się panie Azjatki z innymi Azjatkami na pogaduchy z i w drodze do supermarketu, objuczone wszelkimi dobrami dla swoich pań i panów. Co niedzielę zaś organizują masowe pikniki połączone z grami i zabawami team buildingowymi. Tylko kobiety. Ich mężowie zapewne zostali w domu albo budują właśnie kolejny Burj Dubai.  Wiem, że za swą pracę dostają one jakieś pieniądze. Mają dach nad głową i co jeść. Ale nigdy nie widziałem ich z ich dziećmi, czy z jakimiś azjatyckimi mężczyznami. Trochę to straszne i tak naprawdę trąca mi niewolnictwem. Za obopólną zgodą. Kapitalistyczną zgodą wolnego rynku świadczenia usług.

Coniedzielne spotkania Azjatyckie w mieście Limassol
Drużyny skupiają się wokół swych liderów, wyczekując na werdykt jury. 
Rzadko, ale jednak, jedna z Azjatek łapie pana boga za nogi i wskakuje do cypryjskiego łoża. Pary takie są przekomiczne, gdyż świeżo mianowana Azjatycka pani domu, na ogół „lekko” przesadza z podkreśleniem swojego statusu. Kicz a la Wczesna Doda zmiksowana z specialite de la Stadion XXX-lecia… Pan młody na ogół jest już stary i ma bokobrody.
Ostatnią grupą, którą chciałbym w tej krótkiej monografii wyszczególnić, są panowie (dla odmiany) z…
Numer 5. Modrzew. Panowie z Rumunii i Bułgarii, którzy stanowią tutaj na ogół tanią siłę roboczą. Przez ostatnie kilka miesięcy, miałem z nimi dość częstą styczność, jako iż praca ma w dużej swej części polega na siedzeniu na placu budowy. Większość z naszych braci w Unii (proszę o tym nie zapominać!), to szemrane typki, ale ja akurat trafiałem na tych sympatyczniejszych. Tu przytoczę postać niejakiego Giorgija z Bułgarii. Pracował w firmie Themeliotechniki, specjalizującej się w tzw. „palowaniu”, czyli zbrojeniu terenu. Wykonywał swą pracę sumiennie, przez co na ogół cały czas był ubłocony jak kuracjuszka w Spa. W przerwach podchodził do mnie i zagadywał po półrusku-ćwierćangielsku z petem skręta wystającym z ust. Z tego co udało mu się mi przekazać, to pochodził z jakiegoś magicznego miejsca w Bułgarii, w którym kwitną najpiękniejsze róże na świecie. Dodatkowo wspomniał, że zanim przyjechał na Cypr, pracował w fabryce broni. Opowiadał mi o swoich dzieciach. O tym, że na Cyprze nie pije. Opowiadał, że ma dziewczynę, ale raczej nic z tego nie wyjdzie. W końcu powiedział mi, że wraz z końcem roku wraca do Bułgarii, bo tu na Cyprze to „nie nada”. I tak pożegnałem kolegę Bułgara z ogorzałą twarzą.
Są jeszcze grupki Afrykańczyków, których widzę tylko chodzących po ulicach w stroju gangsta gigolo. Dodatkowo nie możemy zapomnieć o wciąż obecnych acz praktycznie niewidocznych Cypryjczyko-Turkach, których na Południu jest jednak jak na lekarstwo. I pewnie znajdzie się jeszcze kilka innych mniejszych pomniejszych nacji, ale są tak pomniejsze, że nawet nie przychodzą mi do głowy.
I w tym wszystkim ja.

Żegnam też Was drogie dzieci, bom się rozpisał nie lada.