środa, 13 lipca 2011

Nie lubię poniedziałków

I zapewne wielu mieszkańców Cypru także. Ostatni poniedziałek był szczególnie nieprzyjemny. Ale po kolei.

Jak wcześniej wspominałem, na Cyprze pracuje się na ogół od godziny 7:00 rano, głównie ze względu tą na minimalną szansę, że będzie minimalnie chłodniej niż o godzinie 9:00. W lipcu i sierpniu i tak nie ma to znaczenia. Jest gorąco i tyle.
W związku z koniecznością znalezienia się w pracy o tej wściekle wczesnej godzinie, wstałem o 6:30 i już o 6:55 byłem gotów udać się w podróż niedawno zapożyczonym rowerem. Do pracy mam cały czas z górki, więc 5 minut to akurat w sam raz by spóźnić się tyle ile wypada, czyli gdzieś z 5 minut właśnie. Możecie jedynie próbować sobie wyobrazić jak wielki był mój zawód, gdy oczom mym ukazała się totalnie pozbawiona powietrza opona przednia. Zamiast powietrza zaś znalazłem jedynie pamiątki po wczorajszej przejażdżce po okolicznych wzgórzach. Okazało się, że na cierniste krzewy alergię mają nie tylko wczesnochrześcijanie, ale i mój rower. Ucieszony tym faktem, podjąłem po raz kolejny ekspedycję pieszą, gdyż alternatywy nie miałem.
W trakcie spaceru, już w obrębie miasta, napotkałem kolejną dziwę, jaką była mgłochmura, która pokryła całe miasto i nawet zaczęła je rosić namiastką deszczu. Po raz pierwszy odkąd jestem na Cyprze widziałem takie zjawisko pogodowe i po raz pierwszy także patrząc w stronę słońca, nie widziałem go tam gdzie być powinno. Było to bardzo dziwne uczucie, temperatura spadła o kilka stopni.
Generalnie rzecz biorąc - powiało chłodem.
Dotarłem do biura. Kolejna dziwna rzecz - wszyscy siedzieli cicho. Jako, że nie znam greki (szok!) nie wdawałem się w dyskusję na dzień dobry, udałem się za to do najbliższego kontaktu, ponieważ mój iPhone, zaczął dawać znaki braku prądu. Jednakże wtyczka, do której usiłowałem się podpiąć, postanowiła przekazać mi znaki tego samego rodzaju. Na koniec Maria (z akcentem na "ija"), jedna z mych współpracownic, poinformowała mnie, że prądu nie ma i żebym się nie kłopotał.
Zasiadłem więc jak wszyscy i czekałem w milczeniu na kolejne zlecenie zrobienia kubików z cementu. Czas mijał, przyszedł Theo i spytał (pisownia błędna i nieoryginalna):
- Do you know what happend?
- Yes, there is no electricity.
- You didn't heard??? There was explosion at the morning, near Larnaca. Many people died.
- WTF...?

I tak się zaczęło. Black day, jak powiedział (jeszcze) prezydent Cypru, po czym znikł.

Oto co się stało. W pobieżnym skrócie bo i tak się rozgadałem.
Dwa lata temu wojsko amerykańskie, nie zaś cypryjskie jak podaje PAP, przechwyciło transport amunicji zmierzający do Syrii. Zgodnie z rezolucją ONZ, amunicja ta została skonfiskowana i umieszczona w bazie wojskowej w najbliższym cywilizowanym i nie objętym działaniami wojennymi kraju. Traf chciał, że był to Cypr. Ładunek 98 pojemników znalazł swoje miejsce tymczasowego spoczynku w bazie marynarki Evangelos Florakis w miejscowości Zygi tuż obok największej elektrowni w kraju Vassilikos.


Zbiorniki, jak widać powyżej, były składowane w pełnym słońcu. Przez dwa lata nikt z nimi nic nie zrobił. Dowódca bazy wielokrotnie apelował do władz o umieszczenie ich w jakkolwiek zabezpieczonym miejscu. Minister Obrony stwierdził, że zbiorniki te są zupełnie nieszkodliwe i równie dobrze mogłby by być umieszczone w jakimkolwiek miejscu zamieszkałym przez ludzi. Nikt nie przejął się również gdy pod wpływem upałów, zawartość kontenerów zaczęła pęcznieć. Dosłownie.

W poniedziałek rano, ok. godziny 4:30 w pobliżu zbiorników zaczął płonąć ogień. Wezwani strażacy bezskutecznie próbowali utrzymać pożar w ryzach. Na miejsce przyjechał także dowódca bazy i rozkazał wszystkim, którzy nie mogli mu już w niczym pomóc by ją opuścili. Sam został, by dowodzić akcją. O 5:30 wybuchły zbiorniki. Siła uderzeniowa była tak wielka, że uszkodziła setki domów w okolicy oraz stojącą nieopodal elektrownię. W miejscu gdzie stały powstał wielki krater. Zginęło 12 osób, 62 zostały ranne. Tylko dzięki owemu dowódcy (to ten sam, który próbował zrobić cokolwiek w sprawie kontenerów z amunicją stojących frywolnie na wolnym słońcu) ofiar było "tylko" tyle. Teraz jest uznawany za bohatera, zaś prezydent Cypru za wroga publicznego numer jeden.



Fala społecznego niezadowolenia rozlała się po kraju pozbawionym prądu i klimatyzacji - elektrownia Vassilikos pokrywała 60% zapotrzebowania Cypru. Teraz prąd w Limassol jest przez kilka godzin dziennie, co uniemożliwia normalną pracę wszystkim, także i mnie. Jednak cała złość koncentruje się w stolicy kraju, Nikozji. Przy okazji jednym z najcieplejszych miejsc w kraju, bo nie leżącym ani w górach ani nad morzem. Wczorajszą demonstrację (pokojową!) zasiliło tam 10 tys. osób. Dzisiejsze pogrzeby oglądał cały kraj. Sam widziałem jeden, gdy jechałem autostradą na trening. Kierowcy parkowali swe samochody NA autostradzie (przechodzi przez środek miasta, nieopodal jednej z ważniejszych bazylik w Limassol), by również uczestniczyć w obchodach. Minister Obrony i Szef Gwardii Narodowej podali się do dymisji, ale dopóki Prezydent zachowuje swoje stanowisko, manifestacjom nie będzie końca.


Taki mały kraj, a tyle się dzieje. Przynajmniej jest o czym pisać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz