niedziela, 19 czerwca 2011

Natural born tourist = naturist

W poprzednim poście było coś o poruszaniu się po mieście. Wracając do tematu, chciałem poruszyć jedną ciekawą kwestię, która mnie zawsze fascynowała. Mianowicie, jak z totalnego zagubienia w nowym miejscu, przechodzi się do jego absolutnego oswojenia. Na początku nowe miasto przeraża nieznajomą siatką ulic. Każda z nich wydaje się być kopią poprzedniej. Nie zauważa się charakterystycznych znaków odróżniających jedną od drugiej. Przy kolejnym odwiedzeniu tego miejsca, zaczynasz dostrzegać niuanse. Rozpoznajesz mijane wcześniej sklepy, potrafisz wrócić tą samą drogą, którą przyszedłeś. Miałem już okazję kilka razy tego doświadczyć. Czy to w Łodzi, przeprowadzając się z jednej dzielnicy do drugiej, czy po przeniesieniu się do Warszawy. Ba, nawet w GTA4 zacząłem po pewnym czasie poruszać się bez GPSa, bo po pewnym czasie topografię  Liberty City znałem już na pamięć.
Dzięki temu, że w piątek Theodoros wyjechał był na jakieś seminarium dotyczące przedsiębiorczości młodych finansowane przez Unię (w Polsce nikt by nawet na to nie prychnął, a Theo pojechał aż do Paphos, może dlatego, że Unia finansuje również pobyt i wyżywienie, ergo szykuje się niezła impreza), miałem szansę być trochę bardziej samodzielny. Przedsięwziąłem więc ekspedycję pieszą a następnego dnia rowerową (druga, mimo że zwiedziłem dużo więcej, była dużo mniej przyjemna).

Grecy Cypryjscy zdecydowanie nie przepadają za Turkami. Dlaczego, to albo wszyscy powinni wiedzieć, albo opiszę to innym razem. Niemniej jednak meczety po Turkach pozostały. Nie wiem czy ktoś do nich chodzi, bo wielu Turków w Limassol nie widziałem. Nawet w barach o swojskiej nazwie „Kebab”.


W Limassol nie widziałem jeszcze zbyt wielu zabytków. Ale przypadkiem natknąłem się na chyba największy z nich. Zamek w Limassol. Niestety, był zamknięty do zwiedzania – ale za to tuż pod stopami odbywały się jakieś wykopaliska, którym kibicować można było z położonych wokół zamku restauracji.


Molos w Limassol. A w zasadzie dopiero jego początek, bo ciągnie się kilomterami wzdłuż plaż i molo. Tu toczy się większość wieczornego życia tubylców i tambylców. A propos, głównymi tambylcami w Limassol, są Rosjanie, których jest tu na tyle dużo, że miasto to inni Cypryjczycy nazywają „rosyjskim miastem”. Pełno jest sklepów o nazwach zapisanych cyrylicą. BTW, wszyscy Cypryjczycy uważają, że skoro jestem Polakiem, to powinienem znać rosyjski, bo „przecież Rosjanie zmuszali was do nauki rosyjskiego, nie?”.



Następnego dnia, udałem się na plażę w celach relaksacyjnych. I w końcu stało się – dotknąłem Morza a ono mnie. Na początku odnosiło się do mnie dość chłodno, ale postanowiłem oddać się mu w zupełności. Wtedy już nastąpiła zgoda i ciepłe przyjęcie. Morze nie stawiało oporu, nawet pomimo wysokiego zasolenia. Piasek był mi miękkim i bezkamienistym. Następnie usiadłem na skale niczym Afrodyt i oddałem się odsalaniu, które to wysiłki spełzły na niczym.



Morze, ujęcie drugie - zza krzaka (po polsku "z partyzanta").


To tyle na dziś. Kalinichta!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz