Pierwszy dzień w nowym miejscu zawsze jest wyzwaniem. Pierwszy dzień na Cyprze jakoś przeżyłem, nie spodziewałem się więc żadnych większych trudności z pierwszym dniem w pracy.
To był piątek.
Pobudka o 6:30. Cypryjczycy na ogół pracują (i uczą się) od siódmej, w pół do ósmej rano. Przez osiem godzin, jak wszystkie normalne nacje, poza Francuzami. Wstając tak wcześnie, unikają upału i dzięki temu mogą wyjść wcześniej z pracy i oddać się popołudniowej drzemce. O siódmej byłem już w laboratorium Mr. Sourmelisa, które może nie jest szczytem zaawansowanych technologii, ale za to spełnia swoje funkcje. Czyli bada gleby, cementy, kamienie - wszystko to co możemy znaleźć na placach budowy, a co może przyczynić się do zawalenia budynku, jeśli będzie niewłaściwe.
Mym pierwszym, a jak się okazało później, jednocześnie przedostatnim zadaniem tego dnia, było pobranie próbek cementu z betoniarki i wykonanie z nich kubików - takich małych cementowych cegiełek. Ponieważ nie jest to zadanie na hop-siup, przez półtorej godziny przypatrywałem się mojemu tutorowi Chrisowi (pełne imię Christianopolous, czy jakoś tak), a ostatnią próbkę przygotowałem już prawie sam.
Po powrocie do laboratorium, udało mi się zjeść śniadanie, poznać się z resztą biura (trzy osoby) i... zanudzić na śmierć. Bowiem, jedynym zadaniem na resztę dnia było oglądanie tego co robią inni, żeby w przyszłości samemu mierzyć plastyczność piasku i twardość cementu. Bosko :)
To się nazywa cypryjska maniana.
A to Chris w trakcie porannej pracy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz