poniedziałek, 14 maja 2012

Czar par


Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. I tak oto w miesiącu sierpniu roku 2011, nawiedziły mnie siostry de domo Koś. W maju roku bieżącego zaś, pojawiły się już Panie Ewelina de domo Kluz i Ania de domo Samel. Miesiąc ten szczególnie obrodzi w nieszczęścia, bowiem już za parę dni za dni parę, kolejna para, tym  razem męska, przybędzie k’ mnie w odstępie jednodniowym. 
Para numer jeden, miała to szczęście, że pogoda dopisała, jak to w sierpniu na Cyprze – w 300% normy. Szczęścia, wydawać by się mogło, było aż nadto, m.in. podczas zwiedzania starożytnych ruin Kato Pafos. Zachwytów nad mozaikami nie było. Był pot, kurz i kasety wideo. I parę zdjęć z i za kolumnami. Dużo większym braniem cieszyło się zwiedzanie półwyspu Akamas i brodzenie w „Łaźni Afrodyty”. Zapewne dlatego, że właśnie zbierało się na zachód słońca z jednej strony, a z drugiej ponieważ w „łaźni” uświadczyć można było bieżącej i chłodnej zarazem wody. Szczęśliwa i upojona słońcem para numer jeden, miała jednakże także pecha pod postacią mojej ówczesnej totalnej ignorancji topograficzno-cyproznawczej, czyli znajomości tego gdzie warto zwiedzaczy zabrać w celu zwiedzania. Dlatego Akamas odbyło się niejako przypadkiem zamiast zaliczenia Petra tou Romiou, w potocznym języku zwanej „skałą Afrodyty”, na którą to wówczas nie udało mi się jeszcze trafić. Nadrobiłem owe braki i dlategóż para numer dwa miała już ten przywilej by zobaczyć miejsce, w którym wedle wszelkich racjonalnych przesłanek, z nasienia Uranosa rzuconego w morze wyłoniła się Afrodajti z butelką wina, pod tą samą nazwą, w ręku. A odbyć się to miało całkiem niedaleko od mojego stałego miejsca pobytu, jakieś pół drogi bliżej niż feralne (ale jakże malownicze!) okolice Akamas. Ania i Ewelina, oprócz poszukiwania złotych piasków (które chyba jednak najłatwiej znaleźć nad Bałtykiem, by the way), znalazły także czas by obejrzeć wraz ze mną kolejne ruiny. Równie pół drogi bliżej od tych w Kato Pafos i chyba trochę bardziej malownicze. Kourion, bo o nim mowa, to starożytna osada mieszcząca się letko na zachód od Limassol, gromadząca, oprócz pokaźnej kolekcji ruin i mozaik, także niemal oryginalnie zachowany odeon, czyli amfiteatr z widokiem na zatokę Episkopi. Naprawdę robi wrażenie i nieźle rozleniwia w niezbyt upalny a jednak słoneczny dzień. Jako, że nigdy nic nie może być doskonałe, para numer dwa także nie miała tylko li z górki. Napotkała więc ona na swojej drodze takie przeszkody w rozkoszowaniu się pięknem Cypru, jak: 
1. Deszcz i chmury przez pierwsze dwa i pół dnia.
2. Brak żółtego piasku na plaży miejskiej i wogle jakieś takie ble.
3. Zdecydowanie zbyt wysoka liczba decybeli napotkanych w okolicznych klubach i bawialniach (aczkolwiek opinia takowa jest w zdecydowanej mniejszości).
4. Zdobycie mistrzostwa Cypru przez klub AEL, z siedzibą w Limassol. Fakt ten, uniemożliwił zmysłowe postrzeganie wschodu słońca, poprzez zasłonę dymną sporządzoną z użyciem podpalonych w szale radości śmietników.
5. Generalna oziębłość emocjonalna Gospodarza, czyli Autora.
6. Itp., itd., etc, etc.

Jak powiedziałem wcześniej, za parę dni przybędzie para kolejna. Panowie, jak z natury męskiej to wynika, są mniej wybredni. Mam nadzieję, że piwa w sklepach nie zabraknie…

Dramatyczny widok z Kourion

Dramatyczny widok w Kourion (plus Ewelina)

Skała Afrodyty... ta na drugim planie. Trochę wyżej, taaaak, teraz w lewo. O tu, tutaj, tak.

Kibice AEL świętujący miszczostwo Cypru (fot. Dmitry Filatov)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz