Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. I tak oto w
miesiącu sierpniu roku 2011, nawiedziły mnie siostry de domo Koś. W maju roku
bieżącego zaś, pojawiły się już Panie Ewelina de domo Kluz i Ania de domo
Samel. Miesiąc ten szczególnie obrodzi w nieszczęścia, bowiem już za parę dni
za dni parę, kolejna para, tym razem
męska, przybędzie k’ mnie w odstępie jednodniowym.
Para numer jeden, miała to szczęście, że pogoda dopisała, jak to w sierpniu na
Cyprze – w 300% normy. Szczęścia, wydawać by się mogło, było aż nadto, m.in.
podczas zwiedzania starożytnych ruin Kato Pafos. Zachwytów nad mozaikami nie
było. Był pot, kurz i kasety wideo. I parę zdjęć z i za kolumnami. Dużo
większym braniem cieszyło się zwiedzanie półwyspu Akamas i brodzenie w „Łaźni
Afrodyty”. Zapewne dlatego, że właśnie zbierało się na zachód słońca z jednej
strony, a z drugiej ponieważ w „łaźni” uświadczyć można było bieżącej i chłodnej
zarazem wody. Szczęśliwa i upojona słońcem para numer jeden, miała jednakże
także pecha pod postacią mojej ówczesnej totalnej ignorancji topograficzno-cyproznawczej, czyli znajomości tego gdzie
warto zwiedzaczy zabrać w celu zwiedzania. Dlatego Akamas odbyło się niejako przypadkiem
zamiast zaliczenia Petra tou Romiou, w potocznym języku zwanej „skałą Afrodyty”,
na którą to wówczas nie udało mi się jeszcze trafić. Nadrobiłem owe braki i
dlategóż para numer dwa miała już ten przywilej by zobaczyć miejsce, w którym
wedle wszelkich racjonalnych przesłanek, z nasienia Uranosa rzuconego w morze
wyłoniła się Afrodajti z butelką wina, pod tą samą nazwą, w ręku. A odbyć się
to miało całkiem niedaleko od mojego stałego miejsca pobytu, jakieś pół drogi
bliżej niż feralne (ale jakże malownicze!) okolice Akamas. Ania i Ewelina,
oprócz poszukiwania złotych piasków (które chyba jednak najłatwiej znaleźć nad
Bałtykiem, by the way), znalazły także czas by obejrzeć wraz ze mną kolejne
ruiny. Równie pół drogi bliżej od tych w Kato Pafos i chyba trochę bardziej
malownicze. Kourion, bo o nim mowa, to starożytna osada mieszcząca się letko na
zachód od Limassol, gromadząca, oprócz pokaźnej kolekcji ruin i mozaik, także
niemal oryginalnie zachowany odeon, czyli amfiteatr z widokiem na zatokę
Episkopi. Naprawdę robi wrażenie i nieźle rozleniwia w niezbyt upalny a jednak
słoneczny dzień. Jako, że nigdy nic nie może być doskonałe, para numer dwa także
nie miała tylko li z górki. Napotkała więc ona na swojej drodze takie
przeszkody w rozkoszowaniu się pięknem Cypru, jak:
1. Deszcz i chmury przez pierwsze dwa i pół dnia.2. Brak żółtego piasku na plaży miejskiej i wogle jakieś takie ble.
3. Zdecydowanie zbyt wysoka liczba decybeli napotkanych w okolicznych klubach i bawialniach (aczkolwiek opinia takowa jest w zdecydowanej mniejszości).
4. Zdobycie mistrzostwa Cypru przez klub AEL, z siedzibą w Limassol. Fakt ten, uniemożliwił zmysłowe postrzeganie wschodu słońca, poprzez zasłonę dymną sporządzoną z użyciem podpalonych w szale radości śmietników.
5. Generalna oziębłość emocjonalna Gospodarza, czyli Autora.
6. Itp., itd., etc, etc.
Jak powiedziałem wcześniej, za parę dni przybędzie para kolejna. Panowie, jak z natury męskiej to wynika, są mniej wybredni. Mam nadzieję, że piwa w sklepach nie zabraknie…
| Dramatyczny widok z Kourion |
| Dramatyczny widok w Kourion (plus Ewelina) |
| Skała Afrodyty... ta na drugim planie. Trochę wyżej, taaaak, teraz w lewo. O tu, tutaj, tak. |
![]() |
| Kibice AEL świętujący miszczostwo Cypru (fot. Dmitry Filatov) |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz