wtorek, 28 lutego 2012

Parada

Dawno, dawno temu, w odległej Galaktyce zwanym Demetra’s Office, narodziła się idea wzięcia udziału w corocznej paradzie karnawałowej w mieście mym Limassol (lub też w Limassolu jak wdzięcznie odmieniają moi rodacy). Parada odbywa się od zamierzchłych czasów na zakończenie karnawału i corocznie przyciąga tłumy zarówno od uczestniczącej jak i obserwującej strony barykady. Wspomniana Demetra, jako jedna z najaktywniej wspierających rozwój grupy ICR na Cyprze osób, na przestrzeni lat wielokrotnie brała już udział w paradach i to z sukcesami, wiedziała więc co i jak. Zaproponowała więc, aby w celach promocyjnych pojawić się z naszą grupką na Paradzie, na co też przystałem po krótkiej chwili wahań i uprzedzeń. Jak się okazało, know-how i wyrobione kontakty z Urzędem Miejskim były niezbędne żeby przejść przez sito weryfikujące nasze zdolności do paradowania. Okazuje się bowiem, że trzeba być odpowiednio kolorowym i atrakcyjnym. Powyższe stwierdzenie nie jest w żaden sposób rasistowskie ni seksistowskie. Po prostu trzeba być fajnym bo karnawał w Limassol to nie żadna popierdółka, tylko takie „prawie” Hiju dżi Żanejhu.

Miesiące mijały. Po kolei przechodziliśmy kolejne stopnie machiny biurokratycznej, aż w końcu na początku stycznia, oficjalnie ogłosić mogłem nasz akces. Zostałem masowo wsparty przez wierną garstkę moich wojowników tańca-walki i wspólnie zaczęliśmy się ciężko przygotowywać. Bo jak wiadomo, paradowanie to rzecz wymagająca miesięcy przygotowań.

Ideą mnie przyświecającą, było zaproszenie krewnych i znajomych królika do uczestnictwa wraz z nami. Tak, aby nie produkować się li tylko sztuką Capoeira, ale aby gawiedź postronna także mogła bawić się z nami krzewiąc inne aspekty okołocapoeirowe. Wybór padł na Maculele – drapieżny afrykańsko-brazylijski taniec walki, wskrzeszony przez Mestre Popo i udomowiony na potrzeby pokazów Capoeiry. Krok podstawowy tegoż tańca jest prosty jak drewniane pałki, które także są częścią tego folkloru. W efekcie szeroko zakrojonej akcji marketingowej w Social Mediach i za pomocą marketingu szeptanego, udało nam się dokoptować do skromnej grupki kapuejrzystów, równie liczną grupkę makulelistów, którzy po odpowiednim przeszkoleniu, byli gotowi na paradowanie wraz z nami.

Tak oto nadszedł D-Day. A raczej P-Pay… Eee… 26 lutego – dzień Parady.
Udało nam się zebrać o czasie. Udało nam się ubrać w grupowe koszulki i pożyczone abady (bo z Polski jeszcze nie dojechały i chyba już nie dojadą…). Udało się makulelistom wspaniale przebrać i obsmarować odpowiednimi farbkami. Udało się nam dotrzeć na punkt zborny na „Agios Nicolaos Roundabout”, z którego po jakiejś chwili udało nam się ruszyć z paradą wzdłuż Makarios Avenue. Dygresja. W/w rondo jest centralnym punktem Limassol, a przynajmniej tej części która jest dla Cypryjczyków a nie dla turystów. Tak się też złożyło, że mieszkam bardzo blisko owego ronda i bardzo blisko owego ronda prowadzę zajęcia. Codziennie też jeżdżę wspomnianym Makarios Avenue do i z pracy. Przejazd odcinkiem, który został oddany do użytku na potrzeby Parady, na ogół zajmuje mi jakieś parę minut i to w umiarkowanych korkach. W myślach, obliczyłem więc, że przejście paradki zajmie nam najwyżej 30-40 minutek. Że wszystko pójdzie tak szybko, że się nawet nie zdążymy spocić. Po 30-40 minutkach, dyszałem zziajany, spocony i już lekko zamroczony a nie byliśmy nawet w 1/3 trasy.

Niemniej, wzięcie udziału w paradzie było przeżyciem niezapomnianym. Byliśmy numerem trzynastym na liście uczestników, których było chyba ze sto. Każda kolejna grupa miała coraz większą ilość członków i członkiń. Widziało nas kilkanaście tysięcy osób. Część z nich zrobiła zdjęcia, które zapewne już znalazły się na Facebooku. Na zdjęciach tych, oprócz bardzo zmęczonych i starających się ze wszystkich sił Capoeiristo-Maculelistów, znajdzie się może także i nasz banner, na którym był umieszczony adres strony internetowej icrcyprus.com. Sukces viralowy murowany jak sto pięćdziesiąt. Kolejny trening dopiero w czwartek, ale już teraz przygotowuję się do masowego napływu nowych chętnych do trenowania sztuki Capoeira. Zabijam drzwi i okna, zatrudniam ochroniarzy, wprowadzam limitowane wejściówki i selekcję na bramce.
Cóż, popularność ma swoją cenę.















 

2 komentarze:

  1. Nienawidzę ustawień (ich braku) wstawiania fotografii... szybciej piszę posta niż wrzucam fotsy... eeech...

    OdpowiedzUsuń
  2. no nie, ci w spódnicach chyba skradli cały szoł ;p

    OdpowiedzUsuń