czwartek, 21 czerwca 2012

Mój ostatni tydzień na Cyprze. Piątek.


Piątek. Pobudka o 7 rano. Nie, drzemka 10 minut. 7:10. Budzik znowu zadzwoni. Włączę drzemkę po raz drugi, ale i tak wstanę po minucie walki z wiatrakami snu. Zrobię sobie śniadanie. Dwudniowy chleb z lodówki, bo nie mam czegoś takiego jak chlebak. Poza tym w tej temperaturze i wilgotności, chleb zamienia się w hodowlę penicyliny w ciągu piętnastu minut. Nie kupiłem tradycyjnej szynki z indyka, więc dwie pajdki carrefourowego chleba posmaruję dżemem porzeczkowym. Skąd inąd bardzo dobrym, bo słodkim. Anglicy robią słodkie dżemy. Do śniadania wypiję kawę. Będę mieć nadzieję, że mleko się jeszcze nie stwarożkowało. Tutejsze pasteryzowane mleko jest mocno nietrwałe. 7:45. Stwierdzę, że wypadałoby już w tym momencie wychodzić. Zamiast tego dopiję spokojnie kawę, oglądając końcówkę starego odcinka Grey’s Anatomy, który wczoraj ściągnąłem podłączając się na dziko do Internetu. 7:55. Wychodzę. Przejdę metr od ganku, otworzę furtkę, zrobię jeszcze krok i wsiądę do niezamkniętego samochodu Nissan o imieniu Bari (od liter rejestracji). Po pięciu minutach jazdy zaczną się wiadomości radia BFBS (British Forces Broadcasting Station). Wiadomością dnia będzie zapewne jakiś news z obozu reprezentacji Anglii na Euro 2012, o ile żaden z żołnierzy Brytyjskich wczoraj nie zginął w Iraku czy w Afganistanie. Wspomną pewnie też coś o królowej. Jadąc samochodem będę się nerwowo rozglądał we wszystkie strony, uważając żeby nie natknąć się na radiowóz policji, czy kontrolę drogową. Bari nie ma ważnego przeglądu technicznego i opłaconego podatku drogowego. Nie ma, bo mocno by mi się to nie opłacało. Jeżdżę więc na gapę. Jak wielu z Was, więc proszę mnie nie osądzać. Ubezpieczenie jest ważne mimo to. Do pracy, czyli do Laboratorium dojadę koło 8:05, wejdę przez główne drzwi, zajrzę do pokoju biurowego, w której siedzą Effi, Maria, Gianni i Sourmelis (pan Sourmelis – właściciel Laboratorium i jego wytrawny manager) i rzucę tradycyjne „kalimera”. Następnie przejdę do pomieszczeń laboratoryjnych, czyli najprawdopodobniej do pokojów z wannami dla sześcianów betonu, w którym przywitam się z Nicolasem, który pracuje od 7:00, więc już zapewne zdąży wyjąć część z kostek przeznaczonych do kruszenia w dniu dzisiejszym. Pomiędzy godziną 8:00 a 16:00 będę miał szansę, co następuje: czytać gazetę, zjeść kanapkę, pojechać po kostki betonu wykonane w dniu wczorajszym i przywieźć je z powrotem do laboratorium, pojechać w parę innych miejsc by wykonać kolejne sześcianiki albo pobrać próbki ziemi, sprawdzając czy jest ubita w stopniu odpowiadającym standardom ubicia ziemi (bądź innego kruszywa). Stracę też około 5 litrów wody, pocąc się obficie w 35 stopniowym upale (lato jest dość łaskawe w tym roku). Po szesnastej wykonam rajd powrotny do domu, powtarzając, dużo bardziej wnikliwie, procedurę rozglądania się za policją. Około 16:10 wezmę letni prysznic. Temperatura wody będzie zależała od tego jak bardzo nagrzały się rury PCV. Jeśli będę miał szczęście, będzie to całkiem ciepły prysznic. Następnie zabiorę się do przygotowania obiadu. Wybór szeroki. Pesto lub spaghetti ze słoika. Postawię na pesto. Zielone, bo czerwonego dosłownie nie trawię. Do obiadu czytać będę piąty tom „Pieśni lodu i ognia” tudzież „Gry o Tron” (w zależności czy ktoś czytał, czy tylko oglądał) w formacie PDF na laptopie. O 17:30 spróbuję oddać się drzemce. Jednak drzemka przerodzi się w leżakowanie w saunie, wypełnione nasłuchiwaniem albo kłócących się sąsiadów z naprzeciwka (matka Angielka mieszkająca na Cyprze, wrzeszcząca na swe potomstwo w obu językach) albo, jeśli będę miał szczęście, jednej z sąsiadek Cypryjek śpiewających w kółko „hapiberzdejtuju” do swojej, lub cudzej, 3-letniej córeczki. A raczej 333tys.-letniej córeczki, biorąc pod uwagę ilość „birzdejów”, które ta dziewczynka już miała wg śpiewanych jej piosenek. Parę minut po 19, zacznę się zbierać do wyjścia na trening, który tego dnia, wyjątkowo, mieć miejsce będzie miał nie w sali tanecznej wynajmowanej od szkółki Dance Factory przy cmentarzu, a w teatrze Onisillos, w dzielnicy turystycznej, przy plaży. Jedziemy tam z okazji przedostatniego treningu na Cyprze i ostatniego w piątek na Cyprze. Na miejscu spotkam Sashę, jej męża Dmitra, Alexieya i Mikolasa, mówiąc im na przywitanie dobre, starogreckie „priwiet”. Dwoje Rosjan i dwóch Ukraińców. Przyznam, że proces asymilacji z ludnością miejscową, nie poszedł po mojej myśli. Albo poszedł po mojej myśli. Zależy to od punktu widzenia, a ja chyba dostanę zeza. Pod koniec treningu, gdy będzie już zapadał zmierzch, usiądziemy, pogramy na instrumentach, może ktoś pójdzie się wykąpać w morzu. Następnie rozjedziemy się do swoich domostw i tak, w skrócie, skończy się piątek 22 czerwca 2012r. Jutro sobota.

1 komentarz: