Piątek. Pobudka o 7 rano. Nie, drzemka 10 minut. 7:10. Budzik znowu zadzwoni.
Włączę drzemkę po raz drugi, ale i tak wstanę po minucie walki z wiatrakami
snu. Zrobię sobie śniadanie. Dwudniowy chleb z lodówki, bo nie mam czegoś
takiego jak chlebak. Poza tym w tej temperaturze i wilgotności, chleb zamienia
się w hodowlę penicyliny w ciągu piętnastu minut. Nie kupiłem tradycyjnej szynki
z indyka, więc dwie pajdki carrefourowego chleba posmaruję dżemem porzeczkowym.
Skąd inąd bardzo dobrym, bo słodkim. Anglicy robią słodkie dżemy. Do śniadania
wypiję kawę. Będę mieć nadzieję, że mleko się jeszcze nie stwarożkowało.
Tutejsze pasteryzowane mleko jest mocno nietrwałe. 7:45. Stwierdzę, że wypadałoby
już w tym momencie wychodzić. Zamiast tego dopiję spokojnie kawę, oglądając końcówkę
starego odcinka Grey’s Anatomy, który wczoraj ściągnąłem podłączając się na
dziko do Internetu. 7:55. Wychodzę. Przejdę metr od ganku, otworzę furtkę,
zrobię jeszcze krok i wsiądę do niezamkniętego samochodu Nissan o imieniu Bari
(od liter rejestracji). Po pięciu minutach jazdy zaczną się wiadomości radia
BFBS (British Forces Broadcasting Station).
Wiadomością dnia będzie zapewne jakiś news z obozu reprezentacji Anglii na Euro
2012, o ile żaden z żołnierzy Brytyjskich wczoraj nie zginął w Iraku czy w
Afganistanie. Wspomną pewnie też coś o królowej. Jadąc samochodem będę się
nerwowo rozglądał we wszystkie strony, uważając żeby nie natknąć się na
radiowóz policji, czy kontrolę drogową. Bari nie ma ważnego przeglądu
technicznego i opłaconego podatku drogowego. Nie ma, bo mocno by mi się to nie
opłacało. Jeżdżę więc na gapę. Jak wielu z Was, więc proszę mnie nie osądzać.
Ubezpieczenie jest ważne mimo to. Do pracy, czyli do Laboratorium dojadę koło
8:05, wejdę przez główne drzwi, zajrzę do pokoju biurowego, w której siedzą
Effi, Maria, Gianni i Sourmelis (pan Sourmelis – właściciel Laboratorium i jego
wytrawny manager) i rzucę tradycyjne „kalimera”. Następnie przejdę do
pomieszczeń laboratoryjnych, czyli najprawdopodobniej do pokojów z wannami dla
sześcianów betonu, w którym przywitam się z Nicolasem, który pracuje od 7:00,
więc już zapewne zdąży wyjąć część z kostek przeznaczonych do kruszenia w dniu
dzisiejszym. Pomiędzy godziną 8:00 a 16:00 będę miał szansę, co następuje:
czytać gazetę, zjeść kanapkę, pojechać po kostki betonu wykonane w dniu
wczorajszym i przywieźć je z powrotem do laboratorium, pojechać w parę innych
miejsc by wykonać kolejne sześcianiki albo pobrać próbki ziemi, sprawdzając czy
jest ubita w stopniu odpowiadającym standardom ubicia ziemi (bądź innego
kruszywa). Stracę też około 5 litrów wody, pocąc się obficie w 35 stopniowym
upale (lato jest dość łaskawe w tym roku). Po szesnastej wykonam rajd powrotny
do domu, powtarzając, dużo bardziej wnikliwie, procedurę rozglądania się za
policją. Około 16:10 wezmę letni prysznic. Temperatura wody będzie zależała od
tego jak bardzo nagrzały się rury PCV. Jeśli będę miał szczęście, będzie to
całkiem ciepły prysznic. Następnie zabiorę się do przygotowania obiadu. Wybór
szeroki. Pesto lub spaghetti ze słoika. Postawię na pesto. Zielone, bo
czerwonego dosłownie nie trawię. Do obiadu czytać będę piąty tom „Pieśni lodu i
ognia” tudzież „Gry o Tron” (w zależności czy ktoś czytał, czy tylko oglądał) w
formacie PDF na laptopie. O 17:30 spróbuję oddać się drzemce. Jednak drzemka
przerodzi się w leżakowanie w saunie, wypełnione nasłuchiwaniem albo kłócących
się sąsiadów z naprzeciwka (matka Angielka mieszkająca na Cyprze, wrzeszcząca
na swe potomstwo w obu językach) albo, jeśli będę miał szczęście, jednej z
sąsiadek Cypryjek śpiewających w kółko „hapiberzdejtuju” do swojej, lub cudzej,
3-letniej córeczki. A raczej 333tys.-letniej córeczki, biorąc pod uwagę ilość „birzdejów”,
które ta dziewczynka już miała wg śpiewanych jej piosenek. Parę minut po 19,
zacznę się zbierać do wyjścia na trening, który tego dnia, wyjątkowo, mieć
miejsce będzie miał nie w sali tanecznej wynajmowanej od szkółki Dance Factory
przy cmentarzu, a w teatrze Onisillos, w dzielnicy turystycznej, przy plaży.
Jedziemy tam z okazji przedostatniego treningu na Cyprze i ostatniego w piątek
na Cyprze. Na miejscu spotkam Sashę, jej męża Dmitra, Alexieya i Mikolasa,
mówiąc im na przywitanie dobre, starogreckie „priwiet”. Dwoje Rosjan i dwóch
Ukraińców. Przyznam, że proces asymilacji z ludnością miejscową, nie poszedł po
mojej myśli. Albo poszedł po mojej myśli. Zależy to od punktu widzenia, a ja
chyba dostanę zeza. Pod koniec treningu, gdy będzie już zapadał zmierzch, usiądziemy,
pogramy na instrumentach, może ktoś pójdzie się wykąpać w morzu. Następnie
rozjedziemy się do swoich domostw i tak, w skrócie, skończy się piątek 22
czerwca 2012r. Jutro sobota.
a teraz co się dzieje?
OdpowiedzUsuń